Blog

Akceptacja

Akceptacja

Noszę w sobie poczcie winy. Od tygodni właściwie, wciąż brak mi czasu, ktoś nawet zdążył mnie upomnieć, że minęło go więcej niż zwykle, a ja nadal nie dzielę się niczym. I po co komu taki blog? Ale mnie gnębi wina wcale nie dlatego, że nie napisałam, tylko dlatego, że właśnie piszę. I chcę opowiedzieć wam o tym dlaczego warto akceptować to na co się decydujemy, choć ścieżek, którą możemy wybrać zawsze jest więcej i nigdy nie wiemy dokąd doprowadzi nas ta którą się poruszamy.

Nie pisze nic nowego, każdy z was to wie, ale warto przypomnieć, że im więcej w nas akceptacji na co dzień, tym łatwiej posuwamy się do przodu, nie blokujemy się na nowe i odpuszczamy własne oraz cudze przewinienia. Jeśli trzymamy ten ciężar w sobie, budujemy złą energię prowadzącą nas do schorzeń, bóli i chorób. Tak się składa, że i ja w ostatnich miesiącach źle się czułam, różne dolegliwości, które przypisywałam starzeniu, podejrzewając moje ciało o  zmiany hormonalne, okazały się zupełnie czymś innym. Nie chcę tego co mi dolega nazywać dziś chorobą, choć medycyna tak to nazywa. Nazwijmy mimo wszystko to nagłą potrzebą zmiany stylu życia. I nie ważne co mi dolega, ważne, że muszę to zaakceptować. Zmusiła mnie do tego Maty Ezraty, a raczej jej nagła śmierć. Jej ciało zostało spalone wczoraj w Japonii, wyjechała tam, z pewnością jak zwykła była robić w związku z nauczaniem jogi. Nie muszę już dodawać, że była bardzo znaną joginką, wzorem dla wielu. To, że zmarła nagle było dla mnie  również szokującą wiadomością, jak wiadomość dotycząca mojego stanu zdrowia. Partner Maty- Chuck również jogin, napisał w związku z jej śmiercią, na Instagramie, że zrozumiał coś ważnego. W tragicznym obliczu zdarzeń śmierci ukochanej, zdał sobie sprawę po co całe życie praktykował jogę. Bez tego nie mógłby przyjąć jej śmierci do siebie i zamiast akceptacji szukałby  odpowiedzi na pytanie dlaczego oraz co byłoby, gdyby na przykład zamiast wyjechać do Japonii została na miejscu. Maty umarła, jakby bez powodu.

Akceptacja to przytaknięcie losowi, kiedy nie mamy na niego wpływu, kiedy nic nie da się już zrobić. Można walczyć, gdy jest walczyć o co, ale śmierć to  moment, gdy walka będzie toczyć się bez wroga. I walka nie może się odbyć, jeśli nie staniemy równocześnie na dwóch frontach. Ja skonfrontowana z tym co zaszło i ja nie godząca się na to.

Utrata jest faktem nieodwołalnym.

W zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że los każe mi zmienić mój styl życia. Jakoś trudno się z tym zawsze pogodzić, bo uważamy wszyscy, że to co wybraliśmy, albo co wydaje nam się dla nas najlepsze , takie właśnie jest.

Czasem los jednak zmienia okoliczności do których przywykliśmy. Najczęściej wiążą się one z dużym szokiem, czasem utratą kogoś lub czegoś. Nowa sytuacja jest naszym nauczycielem, z którym nie warto walczyć. Przychodzi mi teraz na  myśl, sytuacja, kiedy proszę  moich uczniów, by nie walczyli ze mną w trakcie moich korekt. Podchodzę w trakcie zajęć jogi, by pomóc im ustawić ciało. Robię to po to,  aby mogli poczuć  się w danej pozycji wygodnie, by zbliżyć ich do sensu wykonywanego wysiłku i oddechu, do miejsca w którym staje się jasne, czemu joga ma służyć. Pomagam odpowiedzieć na pytanie co może zmienić się w naszym ciele dziś, a jutro już w naszym życiu jeśli się poddamy tej korekcie. Tak samo z losem. Kiedy już nie ma z czym walczyć, ukochany odszedł, straciliśmy majątek albo jego część, kiedy szef odmówił urlopu, a dziecko nie chce z nami rozmawiać, pojawia się choroba, która nie minie jak grypa, a stać może się wrogiem lub towarzyszącym nauczycielem – po prostu zaakceptujmy. Słowa Chucka to też lekcja dla mnie, którą chcę się z wami podzielić. Maty w wieku 55 lat umarła nagle, nikt tak nie umiera, prawda? Nie w dzisiejszych czasach, zwłaszcza joginka i weganka.  A jednak, umarła. Jest tyle dziwnych zdarzeń, które nas dotykają, szukamy wsparcia i otuchy radząc sobie z szokiem albo samotnością w wewnętrznym chaosie spowodowanym niewiedzą i poczuciem niesprawiedliwości. Tyle osób pyta dlaczego im się coś przydarzyło. Szukamy winy w sobie albo w innych, a czasem przeklinamy los, niebiosa, przeszłość, która porysowała nasze przeznaczenie.

To takie trudne, by zaakceptować.

Dokładnie w dniu kiedy zmarła Maty, dowiedziałam się, że muszę zmienić mój styl życia, dużo we mnie było niedowierzania, bo niby dlaczego? Przecież prowadzę normalny tryb życia, praktykuję jogę. Akceptacja to zaniechanie pytań i nie ma polegać na tym, że teraz nic nie zrobię i powiem sobie: dobrze, skoro jesteś to rozgość się w moim ciele, w moim układzie krążenia, w moich komórkach, umyśle. Nie! Chorobę trzeba oswoić i pokazać jej miejsce, niech nas uczy, skoro przyszła nauczać, ale jeśli zaczynamy z nią walczyć zdarzyć się może to, co zdarza się na macie. Jeśli nie zaufamy nauczycielowi, że zbliża się do nas, po coś, że w tym momencie wybrał nas, by doprowadzić nas do jakiegoś miejsca- zesztywniejemy to doprowadzimy do kontuzji, albo co najmniej bólu. Pozwólmy więc,  by to co ma się wydarzyć wydarzyło się z naszym przyzwoleniem, albo co się już wydarzyło, mogło energetycznie się rozpierzchnąć, zostawiając nam uczucie spokoju i niewypowiedzianej otuchy. Ulotnić jak ulotniła się cieleśnie Maty zamieniając się w proch. Chuck zabierze ją w urnie na Hawaje. Wyobrażam sobie jak wiezie ją obok siebie w samolocie z Japonii na piękne wyspy pełne płynącej lawy, z akceptacją tego co się wydarzyło. Godząc się z tym, że gdy żegnał ją na lotnisku nie przygotował się na to, że widzi ją żywą po raz ostatni. Nigdy nie jesteśmy przygotowani na los. Ani na ten dobry, nie przewidzimy cudownych, przyszłych spotkań, uśmiechu który wszechświat nam dostarczy, ani bólu z jakim będziemy musieli się kiedyś  zmierzyć. Dziś żyjemy w czasach, gdy naukowcy udowadniają że, trzeba koncentrować się na dobrym, nie narzekać nie roztrząsać, żyć powtarzając sobie, że mamy szczęście, bo nie ma wojny, że jesteśmy szczęściarzami i żyjemy w dostatku. I tak właśnie jest, ale pomiędzy tym wszystkim spotykają nas chwile, które na nasza miarę są trudne i wtedy mamy prawo otworzyć usta i powiedzieć o tym głośno i komu chcemy. Są też inni naukowcy, z innych instytucji i uniwersytetów i oni udowodnili, że trzeba się dzielić naszymi troskami. Wcale nie oznacza to, że przerzucamy to na innych, po prostu wyrzucamy ból, strach, żal w wszechświat.  Wyrzucając oswajamy się z tym, powoli akceptując, to proces, który Chuckowi zajął czterdzieści lat. Ten mężczyzna rozpoczął jogę już czterdzieści lat temu i być może dopiero dziś potrafi skorzystać z jej nauki. Ale większość z nas może tylko spróbować objąć swoim umysłem sprawy nie do pojęcia i nie do objęcia rozsądkiem, sprawy  wyciekające poza to co dla nas zdaje się przewidywalne. Chcę wierzyć, ze  energia Maty jak napisał jej partner stała się już częścią nas wszystkich, niech nam pomoże w akceptacji tego co dla nas trudne, przyjęciem tego co daje nam nasz nauczyciel, jakiekolwiek nosi imię.

 

Namaste,

Olga Passia 

 

 

 

 

 

Ciało mapą zdarzeń i historii

Ciało mapą zdarzeń i historii

Dziś cieszę się, że mogę powiedzieć, że mieszkałam w kilku europejskich krajach i że mówię w kilku językach obcych i z tego, że jestem dziennikarką i chwale się, że jestem dobrą obserwatorką i dumna jestem, że jestem joginką i, że jogę zaczęłam ćwiczyć dopiero, gdy wyszłam w wieku, gdy ciało samo wygina się śmiało. Dziś lista tego z czego się cieszę i z czego jestem dumna się wydłuża razem z moim wiekiem. Kiedy byłam młoda nie potrafiłam się cieszyć, za to dużo się zamartwiałam, analizowałam przeszłość i nieświadomie pogłębiałam blokady w moim ciele. Te blokady powstały tak dawno, że nikt o nich już nie pamięta, ale pamięta o tym moje ciało i z pewnością mogły się rozejść po kościach i czasie który minął, ale tak się nie stało, gdyż pielęgnowałam je, jak szpetne, jednakże dobrze znane mi kwiaty, do których widoku zwyczajnie się przyzwyczaiłam. Uznałam je za integralną część widoku z mojego okna, integralną częścią ciała i mojej osobowości. Brzydkie kłujące kwiaty, to jednak tylko chwasty, zasiane w ogrodzie przez wiatr na który nie mamy wpływu- są ludźmi przechadzającymi się po naszym krajobrazie, historią kraju w którym wyrośliśmy. I wszystko to- Kultura naszego kraju, język, miasta i dziedzictwo historyczne zaznacza się w naszym ciele. Brzmi zabawnie, a jednak. Pozytywne emocje i dobre wibracje usuwają napięcia, napięcie jak samo słowo sugeruje, spina nas budując blokady- na poziomie energetycznym- i wtedy tracimy kontakt z naszymi pragnieniami i tym kim jesteśmy, ale też fizycznym- gdy blokuje przepływ życiowej energii między poszczególnymi partiami ciała. Gdy tak się dzieje, odcinamy się od siebie przerzucając ból niezrozumienia czy porzucenia -w ból płynący z obolałego spiętymi mięśniami ciała.

Joga drogą do domu

Joga drogą do domu

Mieszkając w samym sercu Londynu, widzę przez okno korony drzew Hyde Parku. Jestem tu gdzie chciałam- myślę i ściska mnie serce z żalu. Czy powodem jest muzyka sącząca się z radia? A może to piosenka o słowach, które drażnią moją duszę. "Weź mnie do środka, do miejsca, gdzie będę mogła być sobą"- melodia jest piękna, ale ja nie wiem,  gdzie jest to miejsce, gdzie mogłabym naprawdę być sobą. Za oknem ciepła londyńska wiosna, a ja nadal nie wiem, gdzie wolno nam, ludziom być sobą. Już wiele miało być takich miejsc, mieszkałam w wielu pięknych miastach i mogłabym powiedzieć, że mam w życiu szczęście. A jednak wprowadzenie się do miasta, które nazwą rozbudza marzenia, nie jest gwarancją uczucia szczęścia nawet wtedy, gdy wyjmiemy dobytek z kartonów i staniemy się legalnym adresatem korespondencji kierowanej od urzędu podatkowego. O tym dlaczego zdecydowałam się wrócić do kraju, który dzisiaj wiem, jest moim domem, co w moim życiu było i jest nadal kołem ratunkowym znajdziecie tutaj.

Dziś dwa lata później, podnoszę wzrok i widzę wiosenny pejzaż za oknem.  Koniec lutego w Warszawie. 10 stopni na plusie, słońce, wiosna niemalże. Dziś w Londynie prawie lato, 19 stopni, ale ja już wiem, że tutaj moje miejsce, wtedy jeszcze nie widziałam.  Kiedy wyjechałam do Londynu marzyłam tylko o tym , by rozwijać się w jodze, móc praktykować u najlepszych nauczycieli od których bije energia, która wszystkich inspiruje. A, i jeszcze ważniejsze- chciałam uczyć innych. Kiedy moje marzenia się spełniły poczułam się spełnioną joginką, joginką w Londynie. To brzmiało dumnie i był początek grudnia 2016 roku, dwa tygodnie później mój syn obwieścił, że po świętach nie wróci już ze mną do Anglii.

Bez postanowień

Bez postanowień

Na zewnątrz zrobiło się zimno. Ot taka oczywistość. Już styczeń, więc jak mogłoby być inaczej.  Wiele osób zaczyna wspominać, jakie to zimy były kiedyś. Przeraźliwe mrozy, zaspy śniegu, nierzadko problem z dotarciem do pracy czy szkoły. Faktycznie - ostatnie lata okazały się dla nas bardzo łaskawe pod tym względem. Niemniej jednak ja, naczelny zmarzluch, kochający ciepełko i promienie słońca przynoszące całą moc życiowej energii, nawet w obecnych warunkach odczuwam znaczną zmianę w kontekście temperatury. I nie oszukujmy się - zdarza się, że motywacji także. Nad zimowe ciemne poranki, przedkładam te rześkie, pachnące świeżą trawą, gdy budzę na tyle wcześnie, by zdążyć na wschód słońca i uczcić go na macie. Często nie potrzebuję nawet budzika, energia po prostu unosi się w powietrzu. A teraz? Cóż, fanką poranków zimnych I ponurych to ja nie jestem. Ale oczywiście - wstaję i dzielnie staram się doskonalić moje Powitania Słońca. Przechodzę przez kolejne asany w serii Ashtangi, dochodzę do Wojowników i nareszcie! Wtedy już czuję się, jak zwycięzca. Znów pokonałam zimowe lenistwo, chęć zakopania się pod kołdrą jak najgłębiej i oto stoję na macie. Dalej jednak nie zawsze pójdzie sprawniej, czasem muszę skończyć praktykę na asanach stojących, bo moje ciało odmawia posłuszeństwa i brnięcie przez kolejne asany jak przez twardą maź nie mają sensu.  Jednak nieważne ile udało mi się wykonać, joga to nie jest przecież konkurs, nie ma jury, jedynym sędzią jestem sobie sama. Staram się być dla siebie łagodna, pamiętać, że kiedy zaczyna się ashtangę w wieku lat dwudziestu wolno nam eksperymentować więcej i domyślam się, że łatwo wpaść w sidła własnych ambicji, wymagań postawionych ciału. Jednak kiedy stuknęła człowiekowi czterdziestka, ciało jest wdzięczne, że umysł każe mu się po prostu ruszać I nie grymasi, ani nie fantazjuje jak dobrze byłoby w przyszłym roku zrobić kapotasanę. Zatem cieszę się z tego co mam na macie i celebruję każdą praktykę. Nie zrobiłam żadnych noworocznych postanowień, bo wiem, że w tym nowym roku moja praktyka nie będzie dłuższa czy doskonalsza. Najważniejsze, by była płynna, a taka jest zawsze, gdy towarzyszy mi głęboki oddech, który scala moje ciało z moim duchem i umysłem. Oddech pozwala bym była w kontakcie z sobą samą, rozumiała siebie na każdym poziomie. To dość trudne, wiele osób nie rozumie siebie, nie ma pojęcia dlaczego podejmuje takie czy inne decyzje. To długi proces – poznanie siebie, ale właśnie oddech zbliża nas do naszego wnętrza, do poznania, a to oznacza: do duchowego rozwoju.

Narodziny

Narodziny

Nie potrafię cieszyć się Świętami, chciałabym, ale zupełnie nie umiem odnaleźć się w nagłych odmiennych od codziennych gestach, ozdobach czy smakach. Radosne dźwięki z radia i głośników galerii handlowych, wiadomości tekstowe od ludzi z którymi nie mam kontaktu na co dzień, wszystko to nie pozwala mi wierzyć w trwałość ludzkiej natury, bo wiem, że ta bajka potrwa zaledwie kilka dni. Moje dziwne nastawienie do Świąt z pewnością jest też przykre dla moich bliskich, bo zamiast widzieć mnie w kuchni mieszającą kapustę, smażącą cebulkę i krojącą grzyby widzą mnie pakującą się do drogi. Powodów mojej niechęci do celebracji tych dni na końcu każdego roku z pewnością jest więcej, ale dopiero, gdy joga stała się częścią mojego życia zrozumiałam, że mogę pozwolić sobie na życie w zgodzie z tą którą jestem. Dlatego bez urażania innych, wybieram ścieżkę w której nie chcę dłużej urażać siebie.

 

Joga Warszawa Powsin

Joga Balans
ul. Sandomierska 17
02-567 Warszawa