Na zewnątrz zrobiło się zimno. Ot taka oczywistość. Już styczeń, więc jak mogłoby być inaczej.  Wiele osób zaczyna wspominać, jakie to zimy były kiedyś. Przeraźliwe mrozy, zaspy śniegu, nierzadko problem z dotarciem do pracy czy szkoły. Faktycznie - ostatnie lata okazały się dla nas bardzo łaskawe pod tym względem. Niemniej jednak ja, naczelny zmarzluch, kochający ciepełko i promienie słońca przynoszące całą moc życiowej energii, nawet w obecnych warunkach odczuwam znaczną zmianę w kontekście temperatury. I nie oszukujmy się - zdarza się, że motywacji także. Nad zimowe ciemne poranki, przedkładam te rześkie, pachnące świeżą trawą, gdy budzę na tyle wcześnie, by zdążyć na wschód słońca i uczcić go na macie. Często nie potrzebuję nawet budzika, energia po prostu unosi się w powietrzu. A teraz? Cóż, fanką poranków zimnych I ponurych to ja nie jestem. Ale oczywiście - wstaję i dzielnie staram się doskonalić moje Powitania Słońca. Przechodzę przez kolejne asany w serii Ashtangi, dochodzę do Wojowników i nareszcie! Wtedy już czuję się, jak zwycięzca. Znów pokonałam zimowe lenistwo, chęć zakopania się pod kołdrą jak najgłębiej i oto stoję na macie. Dalej jednak nie zawsze pójdzie sprawniej, czasem muszę skończyć praktykę na asanach stojących, bo moje ciało odmawia posłuszeństwa i brnięcie przez kolejne asany jak przez twardą maź nie mają sensu.  Jednak nieważne ile udało mi się wykonać, joga to nie jest przecież konkurs, nie ma jury, jedynym sędzią jestem sobie sama. Staram się być dla siebie łagodna, pamiętać, że kiedy zaczyna się ashtangę w wieku lat dwudziestu wolno nam eksperymentować więcej i domyślam się, że łatwo wpaść w sidła własnych ambicji, wymagań postawionych ciału. Jednak kiedy stuknęła człowiekowi czterdziestka, ciało jest wdzięczne, że umysł każe mu się po prostu ruszać I nie grymasi, ani nie fantazjuje jak dobrze byłoby w przyszłym roku zrobić kapotasanę. Zatem cieszę się z tego co mam na macie i celebruję każdą praktykę. Nie zrobiłam żadnych noworocznych postanowień, bo wiem, że w tym nowym roku moja praktyka nie będzie dłuższa czy doskonalsza. Najważniejsze, by była płynna, a taka jest zawsze, gdy towarzyszy mi głęboki oddech, który scala moje ciało z moim duchem i umysłem. Oddech pozwala bym była w kontakcie z sobą samą, rozumiała siebie na każdym poziomie. To dość trudne, wiele osób nie rozumie siebie, nie ma pojęcia dlaczego podejmuje takie czy inne decyzje. To długi proces – poznanie siebie, ale właśnie oddech zbliża nas do naszego wnętrza, do poznania, a to oznacza: do duchowego rozwoju.

Po praktyce długiej czy krótkiej (szczególnie właśnie zimą) lubię zaparzyć sobie imbirową herbatę i kiedy delikatnie stygnie,  patrzę przez okno na świat. To mój sposób na małe przedłużenie błogiego spokoju, który daje mi joga. Jeszcze przez moment staram się nie zerkać na telefon. Czuję się lekko. Moje ciało jest przyjemnie pobudzone, rozgrzane i bardziej elastyczne. Moja głowa nie widzi negatywów, jakby intuicyjnie omijała kłopotliwe sprawy. I kiedy teraz myślę o tych chwilach po praktyce czuję, że za niemalże każdym razem dzieje się coś magicznego, ta magia czasem trwa kilka sekund, a czasem tylko jej ułamek. Pyk i jest coś co chciałoby się zatrzymać, coś co skłania do namysłu. Mały przebłysk i może to o ten przebłysk  chodzi w niyamach, etycznych zasadach spisanych przez indyjskiego filozofa Patańdźalego? Mają one na celu wskazanie duchowej drogi rozwoju człowieka  I umożliwić nam pozostanie w kontakcie ze sobą. Jednakże często zabiegani i zajęci swoimi przyziemnymi sprawami, czytając teksty filozoficzne zastanawiamy się, jak odnaleźć tę mądrość w rzeczywistości. Jak przenieść ją do naszego świata, w którym liczy się bezduszna kalkulacja. I tak przy tej mojej imbirowej herbacie po odbyciu praktyki dociera do mnie, że wcale nie chodzi o  wielkie czyny czy słowa. Nie to przynosi wewnętrzny spokój i szczerą satysfakcję z życia, a raczej drobne, ale bardzo uważne kroki dnia powszedniego. Pewien niemiecki benedyktyn i zarazem mistrz zen, Willigis Jager powiedział kiedyś, że „droga duchowa, która nie prowadzi do codzienności jest drogą na manowce”. Jakość, którą prezentujemy wykonując najbardziej przyziemne sprawy czyni nas wartościowymi. Dzięki zaangażowaniu (nie mylić z poświęceniem!) efekty tych działań są czytelne, chociażby w naszym sercu, kiedy czujemy po prostu zadowolenie. Bezustannie wymagamy od siebie, by rezultaty pracy były mierzalne, widoczne gołym okiem. Ignorujemy wewnętrzne uczucia, zagłuszając je. A tymczasem to one powodują, że ciągle nam się chce, że mamy w sobie pasję i motywację do dalszej aktywności.

Wraz z nadejściem stycznia wyraźnie odczuwamy wszyscy miniony co dopiero, poprzedni rok. Większość z nas podsumowała ostatnie dwanaście miesięcy, podliczamy co udało się zrobić, a czego nie, robimy rachunki sumienia. W których obszarach zasługujemy na piątkę z plusem, a w których najchętniej wzięlibyśmy usprawiedliwienie. Coś się kończy, trzeba zrobić ostateczny bilans. A gdyby tak raz nie ulec pokusie rozliczania się z tym co mija. Gdyby jedynie przypomnieć sobie, co było dla nas najważniejsze w minionym  roku. Zadać sobie kilka pytań, których odpowiedzi wskażą nam, co zrobiliśmy, by być lepszym człowiekiem. Lepszym dla siebie samych i dla innych. Pomyśleć nad osobami, które wyciągnęły do nas ręce i jakimś sposobem sprawiły, że poczuliśmy się bezpieczniej. Do kogo my wyciągnęliśmy w ten sposób  swoje ręce i witać każdy dzień tak samo, jakby był jedyny I najważniejszy. I jeśli przyjmiemy go jako kolejny prezent od Wszechświata to jaki sens będzie miało nakładanie na niego ciężaru postanowień? Z większości I tak się nie wywiązujemy. Zatem czy nie lepiej po prostu cieszyć się zimowym, chłodnym porankiem, chwilą lenistwa, własną ociężałością, przyglądać się swoim ograniczeniom i małymi kroczkami wychodzić poza własne granice, by spotkać to co ma nam do zaoferowania świat, ten w nas i poza nami.   

Autorami tekstu są: Ewa Gołaszewska i Olga Passia