Za oknami jesień, w końcu po tegorocznym długim lecie widać to wyraźnie. Liście spadły z drzew, a do tego zrobiło się zimno. Tyle lat minęło zanim zrozumiałam, że jesień to tylko pora roku, a nie pora, którą trzeba przetrwać czekając na wiosnę, że melancholia niekoniecznie jest pierwszym objawem depresji, tylko refleksją i zatrzymaniem się. Każdy kto chce odciąć się od świata znajdzie doskonaly powód, który pozwoli mu zamknąć za sobą drzwi i uciec, nie oglądając się na to co piękne. Jesień jest idealnym czasem na depresję, szybko robi się szaro, ale ponuro jest już od rana, a to zwalnia nas z walki, by trzymać się pionu. Można się skulić, schować głowę w ramiona, w kaptur, albo przykryć kocem i przeczekać do wiosny. Kiedyś lubiłam depresję, to znaczy dziś wiem, że ją lubiłam, a wtedy uważałam tylko, że jest zwyczajna stała towrzyszką mojego życia i jestem z nią silnie związana. Teraz przysłuchuję się innym. Tak wiele osób zwierza mi się jak trudno wydostać się z przytłaczających myśli, zwłaszcza jesienią. Bardzo wierzę w to, że kiedy już trafili na matę, niebawem zniknie to uczucie przygnębienia i dzięki jodze i oddechowi dostrzegą siebie, odkryją prawdziwą istotę życia jaką jest nasza głęboko zakorzeniona siła i energia. My ludzie mamy ogromny potencjał i niesamowity dar, by całe życie wzrastać, niemal do końca mamy szansę się rozwijać, a każda pora roku temu sprzyja. Jesień i ciemność doskonale do tego wzrostu się nadaje.

Opowieść o ciemności i jesieni zacznę od pewnego miesiąca listopadowego. Byłam początkującą joginką i narzekałam na świat, ludzi i porę roku. Czułam, że moje życie toczy się torem odbierającym mi siłę, nie chciało wstać mi się z łóżka, a jeśli już to robiłam czekałam, by jak najszybciej znów się położyć. Wyjechałam na kilka dni z jogą, ponieważ czułam, że jeśli tego nie zrobię, zapadnie się pode mną ziemia i wciągnie mnie do środka. Poznałam kobietę, która była nauczycielką jogi, zadowolona z siebie, nieco ekscentryczna postać, pewna każdego słowa i ruchu jaki wykonywała.

Zwierzyłam się jej, że świat wymyka mi się z rąk, a ona podziliła się ze mną doświadczeniem jakie przyniosła jej joga, twierdząc, że również była w miejscu w którym ja utknęłam. Pomyślałam, że skoro joga zadziałała u niej, może warto spróbować. Według jej przepisu wystarczyło być zmotywowaną i systematyczną, a wszystko miało zadziać samo. Problemy miały rozwiązać się same, pojawić odpowiedzi na pytania. Mimo, że nie wierzyłam, że to zadziała, postanowiłam spróbbować i działać tak, jakbym uwierzyła. Kupiłam fioletową matę. Rozwijałam ją każdego dnia, z początku na kilka minut i wdrapywałam się na nią jak na wysoką górę pełną chaszczy i obsypującego się spod nóg piachu, biegłam w strugach własnego lenistwa, mozolnie przeciskając się przez gąszcz kilku początkowych asan stojących. Ponieważ zwracałam uwagę, by się nie przemęczyć (innymi słowy – oszczędzałam się), a pot nie kapał mi z twarzy, obraz siebie i świta zmieniał się powoli. Jednak jakieś bodźce płynące z maty, a raczej z jogi i z tego czym ona jest ( jako najstarszy system łączący umysł, ciało i ducha w jedność, poza naszą świadomością- joga oznacza połączenie ang„union” ) zmieniały nie tylko siłę moich mięśni, ale i umysłu. Po kilku miesiącach wydarzyło się COŚ, jakby zaskoczyło coś co działo się od początku choć tego nie dostrzegałam. Nagle zobaczyłam siebie i własną sytuację w innym świetle.

Moja dyscyplina, pomimo braku wiary została nagrodzona, poczułam, że drgnęłam na mapie wszechświata razem z moją fioletową matą, a moja energia przesunęła mnie – spójną i całą w nowe miejsce. Odpowiedzi powoli zaczęły przychodzić same. I nie było już powodów, by w pełni nie cieszyć się jogą, by nie wbiegać na górę porośniętą zieloną, miękką trawą, (która wyrosła bujna na miejscu wcześniejszych chaszczy) pełna wiary, że to ma jednak sens, że działa i że ceną jest wysiłek fizyczny, który sprzyja mojemu leniwemu ciału. Z jesieni zrobiła się wiosna, a moje ciało i umysł zapomniały, że kiedykolwiek smutek i depresja były integralną częścią mojego życia. Dziś jesień już mnie nie przeraża, na troski i zmęczenie wystarczy praktyka- zwykłe bycie na macie, wyspie spokoju, gdzie rozgadany umysł nie jest mile wdziany i delikatnie trzeba wyprosić go z tej przestrzeni. Wiatr za oknem nie rozprasza, a oddech ściąga mnie do chwili obecnej. Tu i teraz. Ostatnio pewna kobieta, młoda i piękna powiedziała mi, że smutek jest bardzo ważny w jej życiu, miała z pewnością na myśli, że jest obecny, ale nazwała ten stan tak, jakby była do niego przywiązana, jakby nie chciała się z nim rozstać. Mówiła o nim, tak samo jak nazywamy ważne dla nas osoby albo zwierzaki, mówić "Mój pies jest bardzo ważny w moim życiu, więc chcę, by ze mną został i zawsze mi towrzyszył". W życiu tej młodej kobiety zmiany muszą rozpocząć się od nowego spojrzenia na siebie i tego jakimi afirmacjami się otacza. Joga podpowiada jak to zrobić, a jesienią czas praktyki jest wyjątkowy, łatwiej nam o głebokie refleksje i obserwacje co mówimy do siebie. Wykorzystajmy jesień, warunki sprzyjające do pozytywnej samotności, a ciemność do odkrywania siebie, wzniecania w sobie swojego wewnętzrnego ognia, po to, by ogrzać przy nim dzięki oddechowi nasze zmarznięte pierwszym mrozem dusze. Nikt nie ogrzeje nas tak dobrze jak sami możemy to zrobić, nie szukajmy źródła ciepła na zewnątrz, ono jest w nas. Jesienią, gdy szybko robi się ciemno łatwiej niż kiedykolwiek indziej przypomnieć sobie o tym cieple jakie mamy w sobie.

Już 21 grudnia świętujemy Narodziny Nowego Roku i Nowego Życia – Yule. Po przyjęciu chrześcijaństwa, święto znane było pod nazwą „Boże Narodzenie”, stanowiąc połączenie tradycji i symboliki Jul z nałożoną na całość historią narodzin Jezusa z Nazaretu. Tradycje Jul obejmują przystrajanie jodły, kładzenie w palenisku odpowiednio przygotowanej kłody drewna, wieszanie w domostwach jemioły i ostokrzewu i dawanie prezentów oraz ogólnie rozumiane świętowanie. Jest to dzień, w którym Mrok ostatecznie przegrywa ze Światłem, a dni stają się coraz dłuższe i bardziej wypełnione blaskiem. To punkt zwrotny cyklu w kole roku – koniec starego, początek nowego. Jedyny taki dzień w całym roku, kiedy to noc jest najmroczniejsza, a pora świetlista najkrótsza – astronomiczne Przesilenie Zimowe. Jest to prawdopodobnie najstarsze święto ludzkości, które przetrwało do czasów współczesnych. Wedle wierzeń naszych przodków w tę właśnie noc Bogini ponownie staje się Wielką Matką i wydaje na świat syna – Pana Światła. Z dnia na dzień staje się on mocniejszy i ociepla Ziemię swoim blaskiem, obdarza radością i energią życia. Bogini Matka – Ziemia, jej Syn – Bóg Słońce. Doceńmy CZAS CIEMNOŚCI - wyobraźmy sobie siebie w ciemności jakbyśmy byli ziarnami kiełkującymi w ciemnej ziemi, by rozkwitnąć na wiosnę. Zimą zbieramy energię, utulmy się, dajmy sobie czas, wycofajmy się, ale nie opadajmy z sił. TERAZ przed nami jest CZAS NAJWAŻNIEJSZY. Czy zastanawialiście się nad tym czy pora roku wpływa na Was w jakiś szczególny sposób? Z całą pewnością. A czy zauważyliście, że czas przyśpiesza w ostatnich dwóch miesiącach roku? Czas pędzi, a Wam chce się spać, najchętniej nie wychodziliście z łózka, aż do samego Bożego Narodzenia (choć byliście pewni, że to motywacja przygotowań przedświątecznych przywróci Wam wigor), ale natłok obowiązków dokładnie wprost proporcjonalnie do waszej energii spada ze zdwojoną siłą. Teraz będziecie śpieszyć się bez końca, biec szybciej, a ruch na ulicach zgęstnieje, nastroje podupadną, nerwy szarpać będą się same, wyczerpanie dadzą Wam o sobie znać. Myślicie, że to depresja jesienna? Jeśli przyjrzycie się temu dokładniej zrozumiecie, że TEN CZAS jest jednym z najbardziej wpływających na nasz organizm i stan naszego ducha CZASEM. W ludowych wierzeniach Celtów okres zaczynający się po 1 listopada jest czasem afirmacji ciemności, wycofania i przemyśleń. Czasem końca i śmierci starego roku, rozpoczynającym czas nowych możliwości i początków.

Warunkiem na dobre przywitanie i przeżycie nowego jest pozwolenie sobie na zamknięcie się w sobie, ciszę i ciemność. Ciemność w Europie panuje o w tej porze roku wokół nas i nie jest dla nas żadną nowiną. Niewiele jest słońca, niewiele czasu, na bycie aktywnym w naturalnym środowisku. Jeśli wrócimy do natury, damy sobie cichą, ciemną przestrzeń wokół nas, zobaczymy nie tylko to co widać gołym okiem, ale też to co niewidoczne jest i niematerialne. Zrozumiemy swoje tajemnice, bóle oraz ich przyczyny, zajrzymy w kryształową kulę naszych głów i dostrzeżemy niebezpieczeństwa, a także usłyszymy intuicję ostrzegającą nas przed nimi. Czas ciemności, był bardzo ważnym czasem dla Celtów. Tak samo ważnym jak czas światła. Ciemność i śmierć uznawane były jako siła której nie trzeba było się obawiać. Teraz cykl roku pogrąża nas w ciemności. Jesteśmy jak ziarna kiełkujące w ciemnej ziemi, by wydać plony na wiosnę. Pozwólcie sobie na odpoczynek, spokój i wycofanie. To szczególny czas i od niego zależą plony. Dziś doceniam jesień, czas ciepmności i myślę, że ten szczególny czas, pozytywny i wzmacniający czas wycofania, spokoju, zadumy. Już 25 grudnia będzie pierwszym dniem jasności – jest to dzień w wielu kulturach plemiennych i ludowych potwierdzający moment zwycięstwa jasności nad ciemnością. Póki co, bądźcie cierpliwi, spokojni i gaście światła. Nie tylko, by oszczędzać energię elektryczną, ale rozpocząć proces kumulowania własnej. Cieszmy się z ciemności, ona nam sprzyja. Namaste