Czytałyście kiedyś książkę, którą napisała Clarissa Pinkola Estes, „Biegnąca z Wilkami”?  Ja przeczytałam ją kilka lat temu i od razu przypomniałam sobie, że miałam podobne uczucia będąc już małą dziewczynką i tak samo jak autorka, od namłodszych lat chciałam pozostać dziką i wolną duszą. Nie wiedziałam jeszcze co to oznacza i choć  kochałam sukienki, które ubierałam w niedzielę, od ich powabu i uroku wolałam szum wiatru w uszach i widok ogrodu z górnej gałęzi jabłoni. Szybko choć niechcący, niszczyłam więc kosztowne ubrania o metalowe błotniki roweru albo kolce bramy wjazdowej. Pozostając jednak estetką, ubrudzona myłam się, czesałam włosy i wkładałam piękne zamszowe buty i nowe świeżo wyprasowane sukienki, po czym oglądałam się w odbiciu drzwi balkonowych,  wyobrażając sobie, że jestem księżniczką. Wystarczył jednak zaledwie najcichszy odgłos z ogrodu, wołanie ptaka albo skrzypnięcie furtki i zapominałam o czystych butach, umytych włosach i znów gnana jakąś siłą, biegłam w tunel starych krzaków  porzeczek. Lubiłam w ich mroku wypatrywać wychodzących z ziemi dżdżownic, by móc opowiedzieć im o moich radościach i smutkach. Kiedy dziś myślę o moim dzieciństwie zdaje mi się, że uciekając od zawiłości życia domowego wychodziłam z niego, by iść przed siebie,  odważnie i bez strachu zaglądać do niedokończonych budowli i śpiewać tam razem z echem wymyślone na miejscu piosenki. Wierzyłam, że cały świat mi sprzyja i czeka na mnie, aż dorosnę. Wierzyłam, że jest misja, którą mam do wykonania. A kiedy już stałam się dorosła, straciłam moją dzikość i wiele lat szukałam w sobie tego utraconego impulsu, który znów miał sprawić, że zapłonę z zapału i miłości do świata i wybiegnę naprzeciw zadaniu, czekającemu do wypełnienia, tak samo jak wcześniej wybiegałam do ogrodu nie zważając zupełnie na nic. I oto jest, od kilku lat wiem, że joga i jej narzędzia przywróciły mi moją naturę i teraz chcę tylko przekazać tę wiedzę Wam, byście powróciły do siebie, odnajdując wasze sedno, jądro waszych mocy i naturalne instynkty.

 

Przychodzi moment, w życiu każdej z nas, gdy budzimy się pewnego poranka i wiemy, że przyszedł czas na zmianę. Najczęściej mentalnie przygotowujemy się na to wydarzenie już od miesięcy, a jeszcze częściej od lat, a nawet od dekad.  Jednak tego dnia pęka coś w nas i wiemy, że jesteśmy gotowe. Gotowe na wyzwanie, na walkę o siebie i czas, by odzyskać swoją kwintesencję, jądro, istotę czy jakkolwiek zechcecie nazwać swoje JA i scalić umysł tej istoty razem z duszą i z ciałem. Jeśli jednak nie borykacie się nigdy z własnym wewnętrznym rozdarciem, nie pytacie się siebie, kiedy zdarzy się ten poranek, nie czytajcie już dalej. Jesteście po szczęśliwej stronie i cieszcie się tym co udało Wam się stworzyć, bądźcie szczęślwie, gdyż zdarza się to tylko niewielkiej części z nas. Jeśli jednak myślicie, kiedy I wam uda się zdobyć na odwagę i przewrócicie swój świat do góry nogami, to odpowiem Wam, że wcale nie musicie tego robić, jednak przeczytajcie ten wpis  do końca.

By połączyć się z dziką, pierwotną i instynktowną naturą naszej kobiecości nie trzeba przewracać swojego życia do góry nogami, ani popadać w inne skrajności. Wystarczy poszukać we własnych zasobach i odnaleźć uśpioną w nas moc. Powrót do pierwotnej natury niesie ze sobą integralność, odnalezienie przynależności do właściwej grupy, dumy z własnego ciała, wypowiadaniem swoich pragnień i działaniem we własnym imieniu. Kobieta odcięta od swojego podstawowego źródła, zdana jest jedynie na swój rozsądek, zatraca instynkty, (…) nawet najbardziej ubezwłasnowolniona kobieta strzeże dzikiego zakątka jaźni, bo intuicyjnie wyczuwa , że któregoś dnia znajdzie się jakaś furtka, szczelina, szansa i ona ją poszerzy, by wyrwać się na wolność. (…)

Spotkałyście w waszym życiu taką kobietę, która, by was inspirowała? Imponowała wam? Ruchem, sposobem wyrażania się? Nie szukajcie w pamięci kobiet, które dzięki swojemu uporowi i zorganizowaniu osiągnęły sukces w biznesie. Nie, dokładnie odwrotnie, te kobiety, o których mówię, sukcesu medialnego nie osiągnęły, ale odznaczają się ogromną wewnętrza siłą i wiedzą, że ich sukces polega na poczuciu jedności, spójności i wewnętrznej radości z wyboru pozostania kobietą dziką. Takie kobiety mają  gotowość dzielenia się sobą, swoimi ogromnymi pokładami odwagi. Wyobrażacie sobie, jak trudno jest we współczesnym świecie zachować taką dzikość, swoją naturę i do tego ujawniać ją światu, wbrew obecnym konwenansom, standardom zachowania dystansu, wstrzemięźliwości emocjonalnej i okrojonego przyzwolenia na dzielenie się sobą. Jeśli spotkałyście takie kobiety, wiecie, że są to osoby ogromnie twórcze, ciepłe i nie konkurują z innymi kobietami. Nie boją się również upływu czasu ani utraty urody, one wiedzą, że zawsze będą piękne, bo ich piękno nie opiera się na gładkiej skórze, ale na życiowej mądrości. Znacie kogoś takiego? A jeśli znacie, czy obcowanie z taką osobą was nie uspakaja, czy bycie przy niej nie jest dla was po prostu relaksem? Jak zatem sprawić, byście same dla siebie były opoką oraz, by wasze wewnętrzne palenisko nigdy nie gasło? Byście nie poczuły się wypalone i zmęczone ciągłym dawaniem innym, byście odzyskały  twórczość i dzikość. Dzika kobieta, według słów autorki wspominanej tu książki (…) „oznacza, żyjąca w zgodzie z naturą (….) słowa „dzika i kobieta” przypominają kobietą kim naprawdę są i do czego dążą. Taka kobieta ma wrodzoną integralność i zdrowe granice. (…) Nie czekajcie, aż pęknie w was kłoda suchego drewna, ułożona rozsądnie i prosto w wewnętrznym palenisku. Symbol, odsunięcia się Was od siebie. Wtedy zawsze ogarnia nas panika, że oto tracimy resztki siebie, resztki naszej natury, naszej wrodzonej i darowanej nam przy urodzinach dzikości. I jak pisze Clarissa Pinkola (…) szukamy, wskazówki, śladu, znaku, że ona wciąż żyje, że nie straciłyśmy szansy…. (….) sprzątamy na biurku, zrywamy związki, czyścimy umysł, przechodzimy na następną stronę, przerywamy wszystko, łamiemy zasady, zatrzymujemy świat, bo nie poradzimy sobie bez niej ( dzikiej kobiety w nas) ani chwili dłużej. Piszę to do Was, przede wszystkim, byście nie doszły do tego momentu, byście nie utraciły siebie i zanim to się zdarzy, byście stały się świadome waszych wyborów i nigdy nie rezygnowały z Was samych. Jeśli WY stracicie siebie, wasi bliscy odczują utratę Was z dwukrotną siłą. Zatroszczcie się o siebie każdego dnia, siedźcie w cichy, samotności i skupieniu kontaktując się ze swoim ciałem i oddechem, dotykajcie drzew, zwierząt i ziemi, łączcie się z naturą, a ona połączy was ze sobą. Pytacie jak to zrobić? Mnie pomogła joga. W jaki sposób? Jednym z najważniejszych pojęć  już w dawnych tradycjach mistycznych, magii i uzdrawianiu była siła lub inaczej energia życiowa. Zrozumienie jej znaczenia i poznanie właściwości stanowią klucz do świadomego z niej korzystania, bez którego każdy obrzęd czy rytuał byłby jedynie magiczną sztuczką. Siła sprawcza energii życiowej pozwala naszemu ciału i psychice funkcjonować prawidłowo i bez zakłóceń, zaś przy jej niedoborze organizm skazany jest na degradację. W czasach starożytnych, a nawet dawniej zostały wypracowane i doprowadzone do perfekcji ćwiczenia psychoenergetyczne służące mobilizowaniu wszystkich zdolności organizmu, doskonaleniu metod walki oraz uzdrawianiu. Jedną z najskuteczniejszych metod pracy z energią jest właśnie Ashtanga Vinyasa joga, która skupia się na pracy z naszą strukturą fizyczną, poprzez właściwe ustawienia ciała w asany, pobudzając w nich pracę splotów energetycznych (czakr), co razem w połączenieniu wykonywanego ruchu z oddechem odblokowuje zatrzymaną energię. Zablokowana w naszym ciele przez stres nie krąży we właściwy sposób i zatrzymuje nas w miejscu, z obawy, lęku, chciwości, zazdrości i wielu innych negatywnych, ludzkich uczuć na które narażamy się żyjąc w pędzie i ignorując nasze ciała. Jeśli chcecie sprawdzić czy to działa wystarczy regularnie praktykować jogę. Namaste.