Mieszkając w samym sercu Londynu, widzę przez okno korony drzew Hyde Parku. Jestem tu gdzie chciałam- myślę i ściska mnie serce z żalu. Czy powodem jest muzyka sącząca się z radia? A może to piosenka o słowach, które drażnią moją duszę. "Weź mnie do środka, do miejsca, gdzie będę mogła być sobą"- melodia jest piękna, ale ja nie wiem,  gdzie jest to miejsce, gdzie mogłabym naprawdę być sobą. Za oknem ciepła londyńska wiosna, a ja nadal nie wiem, gdzie wolno nam, ludziom być sobą. Już wiele miało być takich miejsc, mieszkałam w wielu pięknych miastach i mogłabym powiedzieć, że mam w życiu szczęście. A jednak wprowadzenie się do miasta, które nazwą rozbudza marzenia, nie jest gwarancją uczucia szczęścia nawet wtedy, gdy wyjmiemy dobytek z kartonów i staniemy się legalnym adresatem korespondencji kierowanej od urzędu podatkowego. O tym dlaczego zdecydowałam się wrócić do kraju, który dzisiaj wiem, jest moim domem, co w moim życiu było i jest nadal kołem ratunkowym znajdziecie tutaj.

Dziś dwa lata później, podnoszę wzrok i widzę wiosenny pejzaż za oknem.  Koniec lutego w Warszawie. 10 stopni na plusie, słońce, wiosna niemalże. Dziś w Londynie prawie lato, 19 stopni, ale ja już wiem, że tutaj moje miejsce, wtedy jeszcze nie widziałam.  Kiedy wyjechałam do Londynu marzyłam tylko o tym , by rozwijać się w jodze, móc praktykować u najlepszych nauczycieli od których bije energia, która wszystkich inspiruje. A, i jeszcze ważniejsze- chciałam uczyć innych. Kiedy moje marzenia się spełniły poczułam się spełnioną joginką, joginką w Londynie. To brzmiało dumnie i był początek grudnia 2016 roku, dwa tygodnie później mój syn obwieścił, że po świętach nie wróci już ze mną do Anglii.

Kilka miesięcy później, Londyn wydawał mi się najbardziej pustym i żałosnym miejscem na ziemi. „Nosząc pustkę w sobie nie znajdziemy radości na zewnątrz”-powiedział jakiś  mędrzec dawno temu i wiem, że miał rację. Pewnego dnia moja pustka była tak ogromna, że zdawała mi się być czarną dziurą, która wciąga mnie w swój ogrom, a ja pogrążałam się w jej czeluściach.Topiąc się w tej wewnętrznej pustce wykonałam dziewięć  asan polecanych na poczucie szczęścia przez jeden z najpoczytniejszych amerykańskich portali jogi. Wojownik drugi, pozycja tancerza, stanie na głowie, pozycja kruka i gołębia, gdyby tylko zadziałało byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie, ale joga niestety nie działa w czysto fizycznym wymiarze. Aby móc uznać się za jogina nie wystarczy wygiąć jak łuk, trzeba o wiele więcej. musimy nauczyć się nadawać na falach, dokładnie takich, na jakich do nas wysyła informacje wszechświat. Tylko co jest naszym wszechświatem? Cała jogowa podróż zaczyna się w chwili, gdy stajemy na ścieżce i pytamy się siebie, gdzie tak naprawdę się obecnie znajdujemy. Jak do tego punktu odnoszą się osoby nam bliskie, te które kochamy i których nie chcemy stracić, oddalając się niejednokrotnie od nich w naszej jogowej, czasem egoistycznej podróży.

Ja najwyraźniej podążałam drogą, obserwując jedynie własny czubek nosa. W końcu poczułam się wyczerpana psychicznie, niewygodnie ułożona we wszechświecie, stanowiąca zawadę sama dla siebie. Pogrążona w moim beznadziejnym nastroju, osamotniona na własną prośbe, pewnego wiosennego dnia postanowiłam resztkami sił przejrzeć codzienną gazetę. Samotność, którą zazwyczaj lubię stała się zbyt męczącym kompanem. Może kino? Ekran w kinie wydał mi się migoczącą plamą, która wabiła mnie do siebie tak samo jak światło znane z magicznej mocy przyciągania ćmy.   Problemy bohaterów filmu wydawały mi się zbyt nierealne i odległe, całkowicie obojętne. Zbyt szybka kariera, zbyt dużo pieniędzy i ludzi, sława i blask. W odróżnieniu od ich bujengo życia, mnie przytłaczała samotność. Nastoletni syn dawno wyjechał do kraju, a ja w imię możliwości rozwoju własnego, zdobywania doświadczenia nauczyciela jogi, szlifowania kolejnego języka obcego oraz ciekawych spotkań z ludźmi postanowiłam zostać na obczyźnie -delegując własne obowiązki matki- własnej obowiązkowej matce. Moja mama, cudowna i nigdy nie odmawiająca pomocy kobieta, dla dobra mojego syna, a jej jedynego wnuka, rzuciła swoje życie świeżej emerytki- prywatne, sportowe i towarzyskie i przybyła w orszaku niespożytej energii-  gotowa do działania- przejmując moje obowiązki matki i pani domu. Ja wolna jak ptak, matka niedorosłego pisklęcia zostałam gdzieś daleko w innym gnieździe,  za oceanem-  delektując się własnymi, wysokimi lotami joginki i kobiety. Film mnie męczył. Myśli zagłuszały fabułę, opuściłam salę i wykręciłam telefon rodzicielki.  W moim domu, w Warszawie szczekał pies, telewizor brzęczał w tle, mama z synem radośnie szykowali kolacje nie mając wiele czasu na rozmowę ze mną. W Londynie dochodziła dwudziesta, a ja stałam na moście i zastanawiając się co robić. Nie chciałam wracać do pustego mieszkania.  Nie chciałam dzwonić do kolejnych bliskich, by zmuszać ich do rozmowy i wysłuchiwania mojego żalu, przecież miałam to czego tak bardzo chciałam: wolność. Nie spodziewając się, że to ona podaruje mi pustkę. Nagle wpadł mi do głowy pomysł, by poszukać innych ludzi i jeszcze tego wieczoru nie czuć się jak rozbitek na bezludnej wyspie. w naszych czasach wystarczy ściągnąć aplikację i znaleźć towarzystwo. Wybieram zatem cel spotkania, zainteresowania, dzielnicę w której chcę się spotkać. Poprawiam włosy, maluję usta, oddycham z ulgą. Już nie będę samotna, poznam zaraz masę fajnych osób, pójdę z nimi jutro lub niebawem zwiedzać muzea, pobiegam, popraktykuję jogę, porozmawiam o literaturze. Przecież wszyscy interesujemy się tym samym, robimy to samo, aplikacja jest po to, by łączyć ludzi. Wsiadłam do autobusu czując się nagle lżej. Na miejscu, w popularnej kawiarnii w samym centrum, przy dużym stole tabliczka potwierdzająca spotkanie z aplikacji, z tematyczną nazwą spotkania. Stanęłam opierając się o ścianę i poczułam, że odpływają ode mnie resztki moich sił. Tabliczka powinna głosić: smutni, samotni, zgarbieni. Tych ludzi boli życie- pomyślałam, a ich samotność grupowa przerosła moją jednostkową. Wtopieni w zastój, bezruch, stagnacje, ciała mieli rozmyte, jakby w połowie nieobecni. Szybko więc, podejmuję decyzję o ucieczce i wtedy widzę, że dostrzega mnie ładna kobieta, dziewczyna o energii anioła uśmiecha się do mnie i jej ręka wskazuje mi siedzenie obok niej. Ona nie ma wątpliwości, że przyszłam tu do nich, pewnie wyglądam tak samo smutno jak reszta. Patrzę na nią i na innych, uśmiecham się do niej, jakbym obiecywała, że zaraz porozmawiamy. Patrzymy na siebie przez chwilkę, aż anioł wstaje, a ja odwracam się i schodzę po schodach. Przepraszam szepczę do nich wszystkich pod nosem, przede wszystkim do dziewczyny, ale nikt mnie nie słyszy. Przykro mi, że nie mogłam tam usiąść, zaznajomić się z tymi  ludźmi, zapytać o powód, dla którego przyszli, choć wszyscy wiemy, że połączyła nas pustka i samotność, ale jak miałabym ich pocieszyć? Mnie też smutno, też jestem sama, więc na co im moja obecność i mój smutek? Mają swój własny, wiem, że w grupie raźniej, że w grupie siła, ale ja dziś już nie mam sił do rozdania. Chcę do domu, do Powsina, telewizora co trajkocze, mimo, że mówiłam mamie, że niedobrze jest jak coś gra tak bez przerwy, bo trzeba słyszeć wewnętrzny głos, a nie gadania głosu z odbiornika. Mój głos każe wracać, tak bardzo chcę do syna co narzeka, że obiad niedobry, do kaloszy brudnych w sieni i psa co ślady zostawia na parkiecie pięć minut po tym jak umyłam podłogę. Chcę do Powsina, centrum mojego świata- tam, gdzie nie ma sklepów, barów, tłumów rozbawionych i ludzi zgiętych w pół ze smutku, przy stoliku znalezionym z aplikacji. Schodzę, ze schodów, stuk puk, moje obcasy wybijają rytm po drewnianych schodach stuku puk, ale i tak nikt na mnie nie patrzy. Opuszczam kawiarnię. Wychodzę na ulicę, idę razem z tłumem, mijam knajpki, ludzi siedzących za oknem. Ludzie są rozbawieni, szczęśliwi, że są tutaj bycia tutaj. Życie jest przecież super i wiem to dobrze, choć obcy z aplikacji nie zdawali się w to wierzyć.  Idę dalej po okręgu, drepczę po okręgu, którym jest to życie. Moje obcasy wystukują coś tam na bruku, ale tutaj już nie słyszy tego nikt, tylko ja czuję tę muzykę, słyszę ją dobrze, bo jest moja. Pragnienie wolności wypala dziurę w sercu i przeciąga swój koniec w odległym kierunku. Jak być matką i spełniać swoje marzenia, jak realizować się nie pozbawiając piskląt pożywienia miłości? Mój syn wyjechał , więc co ja tutaj robię? Polska to mój kraj, przecież za Polskę walczyli moi przodkowie, oddawali życie za nią, a ja tu udaję, że wolę Londyn i gwar i energia miasta mnie porywa. Coś mi się pooplątało, straciłam kompletnie system wartości. Idę dalej, sklepy są otwarte, choć już późno bardzo, wchodzę tu i ówdzie. Są przeceny -  przecenione jest wszystko. Zastanawiam się na ile dziś przecenione mogłoby być moje życie, bo i ono mniej warte wydaje się być, niż gdybym była teraz w moim powsińskim domu. Jednak i ja biorę w dłonie: kapelusze, portfele, torebki, buty. Skóra twarda, filc najgorszy, sypie się prawie z okrągłego ronda, zostawiam, zmieniam sklep, dział, ulice. Przymierzam kurtkę, żakiet, blezer, nic nie leży, nie pasuje, ale reklamy mówią, że powinnam kupić, bo jest tańsze, o wiele tańsze, to jest zachęta, kiedyś było drogie, kiedyś mogło się poszczycić wiszeniem pośród bestsellerów. W dziale nowości, hitów sezonów, teraz jest zalegającym towarem i trzeba się tego pozbyć, więc ja mam to kupić. Wychodzę. Buntuję się, wkurzam, płaczę suchymi łzami. Chcę do domu, ale do domu mam przez morze, jakieś dwa tysiące kilometrów. Tam jest mój syn, tam powinnam wrócić, już jutro najlepiej, albo jeszcze dziś, ale mój dom z wyboru jest teraz gdzie indziej, w samym sercu Londynu. Tak się cieszyłam na to mieszkanie. Był plan, będę robić to to i tamto, cieszyć się wolnością, swobodą i robię co chciałam, tylko nic nie cieszy. Człowiek jest przewrotny, bolą mnie nogi - jedzie autobus wsiadam więc i jadę. Śpiąca jestem. Ooo telefon dzwoni,  to mój syn. Pięć minut  na dobranoc. Pchły na noc - mówię i dodaję, że tęsknię- on na to, że sama chciałam. No chciałam. - to wracaj –mówi - Wracam – ja na to. A co będziesz robić tu, jak wrócisz. Tam jesteś joginką. Joginką się jest, bez względu na to, gdzie się znajdujesz– mówię, a on już chce spać. Dobranoc, więc. Śpij, śpij synku mój i własna głupota cieknie mi po policzku. Sama chciałam, więc wlekę się do pustego mieszkania. Mam wolność. Jestem joginką. Chcę być joginka, ale póki co, nie spełniam unijnych standardów joginki. Zostawiłam syna kierując się egoizmem, wolność generuje samotność, tęsknotę, a ta pcha cię przez miasto o północy w poszukiwaniu dobrych ludzi z aplikacji. Do tego w końcu źle ich oceniłam. Co to znaczy być dobrym joginem? Tyle już przeczytałam na ten temat, a jednak bardziej niż joginem jestem człowiekiem. Zwykłym człowiekiem. Spać mi się chce, jak zwykłemu człowiekowi, ale wiem, że nie zasnę, bo myśli kłębią się w głowie, a ja choć uczę innych jak je od siebie odsuwać, jak czuć się dobrze bez nich, sama poddaję się ich ciężarowi. Nie mogę inaczej, dziś musza mi towarzyszyć- napiję się wina. Czy to źle?  Tak, źle używki nie są polecane. Muszę więcej poczytać, o filozofii jogi i wszystkim co wiem, ale nie wiem, może coś zrozumiem więcej, nauczę się jeszcze. Człowiek uczy się przez całe życie. Liczę na to, że mam czas, więc dziś jeszcze napiję się mały kieliszek niejogowego wina, a jutro popracuję nad tym wszystkim nad uczuciami i samotnością, może mam szansę naprawić błedy. Postanowione- wrócę do domu, do syna, psa i brudnych kaloszy w sieni. Przecież joginem jest się bez względu na to, gdzie się człowiek znajduje. 

Dziś koniec lutego 2019 rok, od dwóch lat prowadzę szkołę. Codziennie spotykam wiele wspaniałych osób. To jest dopiero podróż. Ludzie, przychodzą, rozkładają maty, oddychają, uczą się, rozumieją, pytają, nie rozumieją, ale przeczuwają, że zrozumieją- tak jak ja przeczuwałam. I już wiem, że dziś rozumiem więcej.

Może jestem czasem smutna, a może tylko spokojna, ale zawsze dzielę się tym co we mnie. Jaką miałabym zagrać rolę jeśli nie swoją własną? Kto chciałby uczyć się jogi u nauczyciela aktora? Jestem sobą, odłożyłam maski, którymi posługiwałam się kiedyś. Dobry nauczyciel musi być autentyczny, tak mówi John Scott- mój nauczyciel i autorytet świata Ashtanga Jogi. Kocham podróże, ale przecież, by być w podróży nie trzeba zawsze zmieniać miejsca. Ona trwa, nawet, gdy nie siedzimy w autobusie, pociągu czy samolocie przemierzając kraje i bawiąc oczy nowymi widokami. Nasza podróż to spotkania z ludźmi, nasze słowa, wsparcie dla nich oraz energia, którą wszyscy sobie przekazujemy. Joga jest praktyką, taką samą jak życie. Nie ćwiczymy życia, tylko go doświadczamy, podobnie jak doświadczamy tego co dzieje się z nami w podróży po ścieżce jogi. Moja ścieżka zaprowadziła mnie spowrotem do domu, do Warszawy, nawet wyprowadzia z Powsina na Mokotów i tam możecie mnie znaleźć w Mala Atelier :)

Namaste