Kilka lat temu wybrałam się w samotną podróż. Przyczyn tego wyjazdu było wiele, ale jedną z najważniejszych było budzące się we mnie pragnienie niemyślenia. Być może dlatego, że od wczesnej młodości przyzwyczaiłam moją głowę do analizowania zachowań własnych i cudzych, słów usłyszanych i tych wypadających z  moich własnych ust. Lubowałam się w rozpatrywaniu zdarzeń minionych, zwłaszcza tych, gdy uważałam,  że wcale nie musiały się zdarzyć, ale też nie zostawiałam bez wewnętrznego komentarza zdarzeń, które się nie wydarzyły, a wydawało się, że właśnie powinny. Powodów do analizy jest tysiąc, moja głowa jedna. Męczyłam się myślami, ale przyzwyczaiłam do nich i wydawało się, że nie ma innego sposobu na przyjmowanie życia do siebie. Analizując je, zamęczałam się, a ktoś dawno temu powiedział mi, że cierpienie uszlachetnia. Wreszcie z tym stanem rzeczy nie zgodził się mój żołądek.  Zaczęłam więc zastanawiać się czy to stres, czy brak tego lub tamtego, a może nadmiar czegoś? Ból odciągał mnie od codziennych spraw, czułam się ociężałą i zmęczona. Poza tym we śnie wydawał się bardziej znośny. Pojawiły się wyrzuty, że śpię, że jesień idzie, ale inni radzili sobie w deszczu i słocie, więc złość zastąpiła bezsilność-  że jestem słaba, leniwa, nieużyteczna. W końcu też poczułam wciekłość, ale ponieważ złościć na siebie nikt nie lubi, szybko przekierowujemy  ją na bliskich. Dużo dźwigałam tych barwnych i ciemnych emocji w sobie, w reszcie tracąc grunt pod nogami przewróciłam się. Moja głowa szalała, owinąwszy szaleństwo w szal zawrotów głowy. Przestałam normalnie funkcjonować, wywracałam się wszędzie i zupełnie nie oczekiwanie. Na analizę zdarzeń innych niż moja nowa choroba nagle nie było już  miejsca.  Na złość na siebie jeszcze mniej, ani na zmęczenie, bo teraz trzeba było poszukać przyczyn choroby, pojeździć na badania, których lisa wydawał się nie kończyć. Może błędnik, może jakaś rzadka choroba wyciągająca ze mnie życiową energię, teraz trzeba było przyjrzeć się tej sytuacji i ją zanalizować.  Wyniki jednak były bardzo dobre, ciało zdrowe, więc lekarze rozkładali bezradnie ręce, a moi bliscy niepokoili się sytuacją, gdy nadal  przewracałam się nagle w domu, sklepach, restauracji. Stałam się niewolnikiem własnych myśli, lęków, strachów, niepokojów, obaw o to co dalej, kim będę taka nieustannie rozbijająca się o sprzęty i podłogę, niesprawna by żyć normalnie.  Resztki tlącej się we mnie woli życia  kazała mi przyjrzeć się miejscu do jakiego doszłam i zapytać się siebie dlaczego tam jestem. Odpowiedź nie przyszła od razu, ale intuicja podpowiadała, że muszę się odsunąć fizycznie od wszystkich i wszystkiego co mnie otacza. Wycofać się. Wyjechać. Przestać myśleć.  Zatopienie się w swoim świecie bynajmniej nie miało prowadzić do fantastycznych wizji przyszłości, czy oddawaniu się marzeniom na jawie, ani też rozpatrywaniu po raz setny przeżyć z przeszłości, miało prowadzić do spotkania jądra własnej postaci, tego co czuję i kim jestem.                

Etap 1. Uporządkuj głowę, posprzątaj bałagan. Praktykuj jogę.

Praktyka jogi okazała się łącznikiem ciała z duszą. Poprzez głęboki, spokojny  oddech, wysiłek, pokonywanie bólu i własnych granic znalazłam numer telefonu do siebie. Wykręcałam go kilka razy dziennie i rozmawiałam zatrzymując się tylko na sprawach najważniejszych i dotyczących chwili obecnej. Pierwszym etapem pracy z naszym umysłem jest indywidualna ocena aktualnego stanu ducha w jakim się znajdujemy.  Najpierw musimy uspokoić myśli, fale na jeziorze naszej umysłowej tafli muszą złagodnieć. Opaść, musimy zobojętnieć na zdarzenia, fantazje odłożyć na bok, bo one bujają naszym skłonnym do marzeń umysłem. 

Jogasutry w pierwszym zdaniu mówią, że istotą jogi jest powściąganie zjawisk świadomościowych. Atha yoganusasanam - to pierwsze słowa Jogasutr i oznaczają "nauczanie jogi" poprzez Yogachitta vritti nirodhah "powściągnięcie zjawisk świadomościowych" lub inaczej mówiąc zatrzymanie poruszeń umysłu jakim są nasze myśli. Co jest zatem istotą samej świadomości, umysłu czy psychiki w ujęciu jogi, czyli tego, co dzieje się w naszym umyśle, od momentu zauważenia "co dzieje się w naszej głowie", aż do momentu rozpoznania różnic pomiędzy tym, co „tworzy” nasz mózg, a faktycznym stanem  otaczającej nas rzeczywistości?  Idąc tym tropem należy zadać sobie pytanie czy my jesteśmy naszymi myślami? Otóż nie. Mówisz: "ja myślę", "moje myśli", lecz tak naprawdę, kto je wytwarza i czy naprawdę są to twoje myśli? Umysł oraz emocje tworzą "ego", czyli "ja", i to daje nam poczucie indywidualności. Oddzielamy swoje "ego" od innych "ego" i potem ochraniamy je przed ewentualnym zatraceniem.

Wiemy z współczesnej psychologii, że zadaniem umysłu jest poznawanie, percepcja i  refleksja nad doświadczeniami.  Według jogi umysł jest jak zwierciadło odbijające nasze myśli, sny, uczucia, fantazje czy wrażenia. Zgodnie ze współczesną psychologią wszystkie nasze problemy, zahamowania czy kompleksy stopniowo akumulują się i odkładają w głębszych partiach naszej świadomości. Joga uważa, że umysł jest formą, która jest zorientowana na świat zewnętrzny i w sanskrycie występuje jako manas. To ten wymiar świadomości odpowiedzialny jest za ciągłe poszukiwanie kolejnych wrażeń i bodźców. "Umysł" (manas) jednak jest tylko częścią większej całości, zwanej citta. Jej dwoma innymi elementami są: "intelekt", określany jako buddhi, oraz "ja" lub "ego", zwane ahamkara. Natomiast "jaźń", "dusza" to atman lub "duch" - purusha, to najistotniejszy ośrodek poznania i refleksji człowieka. Pierwotna czystość natury jaźni jest zniekształcona przez nasz umysł.

Etap 2. Powściągnięcie zjawisk świadomościowych", lub inaczej mówiąc zatrzymanie poruszeń umysłu jakim są nasze myśli.

Joga mówi, że nie każdy jest wystarczająco przygotowany do powściągania zachodzących procesów świadomościowych, natomiast każdy sam jest w stanie oszacować swój stan. Pogrążając się w ciszy mamy narzędzia, które pomogą nam zrozumieć, kim jesteśmy rzeczywiście, czego chcemy i w jakim punkcie się znajdujemy. Wejście w tą ciszę można zobrazować jak wskoczenie do basenu. Temperatura wody może nas zaskoczyć,  nie zawsze będzie przyjemna, ale jeśli pokonamy jej opór i ciężar, zmobilizujemy się do ruchu, to po wyjściu często czujemy się lżejsi i pełniejsi energii. Tak samo dzieje się z ciszą. Nasze wnętrze jest jak esencja w której zanurzamy się przez lata, nie zawsze ma swoją naturalną przeźroczystość, bywa błotnista i ciężka. Tylko gdy nie ma bodźców z zewnątrz, możemy dotknąć każdego kamienia na naszym dnie, poczuć kształt i zrozumieć, jak się tam znalazł, czy pozwoliliśmy innym nawrzucać kamieni do naszego wnętrza, czy może my sami przez nasze postępowanie i stosunek do nas samych nanieśliśmy zanieczyszczeń. Przyglądanie się sobie może być podróżą przez ciemny las, przedzieraniem się przez krzaki, łażeniu po błotach własnej psychiki, ale gwarancją jest jasna słoneczna polana na którą zawsze wyjdziemy.

Kilka miesięcy późnej wyjechałam ponownie, znów sama, tym razem dalej i dłużej. Wyjechałam dokończyć odpowiedz na pytanie czy muszę być nadal chora, ograniczona przez własną głowę, czy mogę być szczęśliwa i wolna? Wiele już napisano książek i poradników o tym, jak być szczęśliwym. Filozofowie od setek lat łamią sobie głowę na czym polega prosta radość z życia. Naukowcy badają grupy społeczne, narodowe, stan konta i wykształcenie ludzi. I nie jest zaskoczeniem, że to co posiadamy niewiele ma wspólnego z możliwościami osiągniętego przez nas stanu spokojnego umysłu, umysłu, któremu towarzyszy szczęście. O tym, jak wiele płynie korzyści z siły pozytywnego myślenia, również wiemy wszyscy, ale nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że można się go nauczyć tak samo jak kroków fokstrota. Zwracamy uwagę na zdrowe jedzenie, odpowiednią ilość snu, ale zdrowie reprezentowane przez szczęście to stan naszego ducha, a ten z kolei tworzymy przez nasze myśli i słowa, które wypowiadamy, a te rodzą się w naszej głowie. Słowa i myśli również  wzmacniają lub osłabiają naszą intuicję. Większość naszego życia spędzamy w naszej głowie. Przez naszą głową przebiega tysiąc myśli i tyle samo wyobrażeń. W naszej głowie jest szum i tłok i tam w takich warunkach właśnie spędzamy większość życia. Mimo tego, że wiemy, że lepiej byłoby wyzbyć się zgiełku, żyć w ciszy, jak na polanie bez drzew i wiatru, wybieramy  ryzyko, pęd, wiatr we włosach, nadzieje i spełnianie swoich marzeń.

Jeśli wszystko zaczyna się i kończy w naszej głowie, to  zadbajmy,  by było to miejsce, w którym spędzamy tak wiele czasu, było miłym, uporządkowanym i czystym miejscem.  Jeśli chcemy poczuć się  tam dobrze sami ze sobą, w pierwszej kolejności musimy przestać marudzić, narzekać, porównywać się z innymi i płakać nad tym jak innym ułożyło się i osiągnęli stan upragnionego szczęścia. Wyrzućmy ponure myśli, osądy na temat innych, niezadowolenie z własnego życia. Wszystko to w dłuższym okresie czasu prowadzi do depresji i ma negatywny wpływ na stan naszego ducha, na stan umysłu, a także w końcu na nasze stosunki z innymi ludźmi. Te myśli jak czarne chmury zasłaniają słońce i mimo wielu dobrych chwil, które przytrafiają się nam każdego dnia, widzimy tylko ciemną stronę. W końcu przedłużający się, osłabiony negatywnym myśleniem, stan naszego umysłu nie pozwala nam podejmować dobrych decyzji i nasze życie zaczyna dryfować w niewłaściwym kierunku, ściągnięte przez prąd negatywnego myślenia. Nic nowego, wiecie o tym wszyscy, prawda? Negatywne myślenie jest jak nałóg, przyzwyczajenie z którego w końcu może nas wyciągnąć psychoanaliza, albo garść stymulujących naszą korę mózgową leków, by odwrócić proces zatruwania naszego mózgu przez chemiczne związki wytworzone przez negatywne myśli. Marcus Aurelius ( rzymski cesarz, pisarz i filozof) jest autorem takiego oto zdania „Wszystko czego potrzebujesz, byś był szczęśliwy, jest w tobie, w sposobie w jaki myślisz”. Współczesna nauka i joga dodałyby z pewnością „lub w sposobie w jaki potrafisz nie myśleć”. Sami zinterpretujcie w jakim stopniu możecie nie myśleć? Kiedy myślenie nas rozwija i dzięki niemu tworzymy i budujemy, działamy odpowiedzialnie, a kiedy myślenie pogrąża nas w dole wykopanym przez nieustanne myślenie i zamartwianie.

Namaste