W Nowym Roku nie mam żadnych nowych postanowień, poza tymi, które pojawiły się już w starym i wiem, że w TYM  trzeba je będzie jedynie wprowadzić w życie.  Nie widzę powodów, by nie działać i nie dążyć do ich realizacji.  Na szczęście, odkąd praktykuję jogę marzenia stały się bardziej dostępne i wszystko układa się w całość. Joga to moja trzecia wielka miłość, a ponieważ do trzech razy sztuka, przeczuwam, że ta miłość będzie moją ostatnią. Pierwsza to pisanie książek i opowiadań, a druga to reportaż dziennikarki. Z początkiem tego roku znalazłam karton z moimi reportażami, notatnikiem, dyktafonem i niezbędnik reporterskim. Zanurzyłam się w jeziorze przeszłości i pływając w nim poczułam, że temperatura wody jest tu taka sama, dno porośnięte  takimi samymi wodorostami, a w szuwarach te same ptaki i owady. Przez to porównanie chcę podkreslić, że joga i reportaż wydały mi się podobnymi do siebie siostrami albo przynajmniej bliskim kuzynostwem.  Jednakże, na pierwszy rzut oka nie sposób dostrzec żadnych podobieństw. Wróćmy zatem na chwilę do planów i marzeń jak na początek roku przystało.

Kiedyś zamartwiałam się  i obawiałam różnych rzeczy, nie do końca wiedząc, co mnie powstrzymuje w ich realizacji. Teraz myślę, że nasze marzenia często wychodzą poza strefę czegoś, co znamy jako strefę komfortu i niekiedy okazuje się, by zrealizować jedno wielkie marzenie trzeba zaryzykować całe poukładane życie i otworzyć się na nowe i nieznane. Joga daje siłę i odwagę, ponieważ rozjaśnia myśli. Znika chaos, niepokój i zniecierpliwienie, a zostaje jasność i spokój. Trzeba tylko być cierpliwym i zdeterminowany.  Tu właśnie przypomina mi się jedna z  największych zasad reportera. Chcesz być dobrym reporterem, to naucz się cierpliwości i nie zniechęcaj się przedwcześnie- to słowa  polskiego reportera, który nie miał równych sobie. Zawsze się nim fascynowałam, przeczytałam mnóstwo książek jego autorstwa, a jedną z nich przed chwilą trzymałam  mi w ręce. „Autoportret reportera”, Ryszarda Kapuścińskiego, choc nie był joginem w sensie fizycznym,  był nim duchowo i  osiągnął stopień co najmniej siódmy w ośmio–stopniowej ścieżce jogi. Przynajmniej w mojej opinii. 

Czytając jego książki wiedziałam zawsze, że posiadam wszystko, czego potrzeba reporterowi: warsztat dziennikarski, talent  pisarski, skończone studia, otwartość na świat, odwagę, ciekawość ludzi, empatię do nich, potrzebę bycia w podróży, ale dopiero teraz odkryłam co spowodowało, że zabrakło mi determinacji. Otóż najważniejszego: braku misji i wiary we własne możliwości.

Pomiędzy dwiema górami, (z jednej strony był taką górą  w moim życiu reportaż, a z drugiej dziś jest joga) wisi most zbudowany z niestabilnej kładki. Przemykałam się nim kiedyś walcząc o życie emocjonalne  i zawodową aktywność. Był to most z którego rozciągały się piękne widoki, ale który nie miał stabilnego podłoża, wyrastającego z kwintesencji tego kim jestem, z mojej osobowości. Reportaż w moim życiu miał to podłoże i joga je ma. Dziś w Nowym Roku, nie mogąc doszukać się nowych postanowień w mojej głowie, dokonałam przypadkowej retrospekcji obrazów i filmów w których brałam udział- przemknęłam się po lodowych, kruchych krach postanowień, pływających samotnie po morzu niespełnionych marzeń.  Siadam sobie teraz na jednej z nich i dryfuję. Z dystansu widzę, że dwie  moje miłości, jak góry łączą się u podstaw w jedność. 

Wszystkie cechy jakie opisują dobrego reportera, również jak ulał leżą na ciele jogina (nie mówię tu o możliwościach ciała, ale o dopasowaniu tych cech do stanu ducha). Mój mistrz w swojej książce wskazuje na pewne atrybuty reportera, które ja sama zawsze łączyłam  z reportażem, a teraz te cechy jak puzzle pasują do charakterystyki osobowościowej  nauczyciela jogi. Tak samo jak bycie dobrym nauczycielem jogi nie polega na wskakiwaniu w asanę, ale na byciu z ludźmi, którzy w tą asanę bez pomocy czy wyjaśnienia wejść nie potrafią. Dowiadywanie się o ich troski, słuchanie ich historii , trudności, ograniczeń, tragedii czasem.  Tak samo jak bycie dobrym reporterem nie polega na relacjonowaniu zdarzeń z bezpiecznej odległości, ze strachu przed chorobą, niebezpieczeństwem, uderzająca biedą. Nie da się przecież relacjonować epidemii czy wojny z okna  pięciogwiazdkowego hotelu, bo  w ten sposób nie opowiesz o tym co dzieje się za twoimi plecami, nie  w sposób, która poruszy tłumy. Musisz zejść do ludzi, zaryzykować własne życie, od pierwszej chwili stać się częścią ich losu. Ryszard Kapuściński, mój niedościgniony wzór człowieczeństwa, wybrał sobie szczególną i niełatwą ścieżkę, i szedł po niej od początku w poczuciu misji. Pisał o niej tak (…) misja to coś takiego, czego owoce wychodzą poza nas samych. Nie robimy tego tylko po to, by kupić samochód lub zbudować willę. Robimy to dla innych. Moja praca to powołanie (…)

Mnie, kiedy byłam reporterem telewizyjnym zabrakło poczucia tej misji, ale też odwagi i wiary we własne siły. Jako nauczyciel jogi, znalazłam misję, siła od razu wróciła, budząc wiarę w sens, tego co robię. Kiedy masz wiarę, masz odwagę. Moja misja to bycie przewodnikiem na drodze i wierzę, że oświetlam ją tym, którzy ode mnie tego potrzebują. Pokazuję przejścia, zachęcam do poznania miejsc, które są niezwykłe i pomagam się wspiąć na wysokość do której sama kiedykolwiek doszłam. Dalej życzę bezpiecznej podróży. Nie ma we mnie żalu, że nie pokażę całej drogi, znam przecież tylko jej pewien wycinek i jestem w tym dobra. Moją misją jest jak najlepiej wprowadzić ludzi w świat jogi, zarazić pasją, dać odwagę,  zainspirować tym co mnie inspiruje.

Nie jestem joginem wysokogórskim, ale wiem, że to co robię jest doceniane i bez tych umiejętności nikt nie wypuści się na stromą ściankę. Zestaw moich narzędzi jest konieczny każdemu kto marzy, by zdobyć wyższe partie drogi. Warto jednak wiedzieć po co chcemy iść wyżej. Jogi nie powinniśmy nigdy rozpoczynać (praktykować), po to, by stać się  lepszym w jodze, ale po to, by być lepszym w życiu.

Joga to podążanie drogą na której, podobnie  jak i w podróży przemierzającego świat reportera, nie ma jasnego celu, nie wiemy nigdy, co przyniesie ta droga. Liczą się wydarzenia, krajobrazy, napotkani ludzie. Nie znamy stacji końcowej, nie znamy nawet siebie w tej podróży. Ile wytrzymamy, jakie są nasze granice, kiedy się boimy, kiedy dzielimy z innymi, co jest dla nas najważniejsze.  W każdej podróży warto być dobrym obserwatorem, inaczej może umknąć nam wiele cennych szczegółów, możemy przegapić całą paletę barw i dostrzec tylko kilka podstawowych kolorów. Jednym z warunków koniecznych, aby stać się  dobrym obserwatorem, jest umiejętność skupienia, a ta możliwa jest wtedy gdy jesteśmy sami. I znów konieczna umiejętność w reportażu, ale i w Ashtanga jodze.

Czyżbym wybrała właśnie tę gałąź jogi , w której możliwe stało się odrodzenie we mnie reportera, miłość do jogi jest miłością do reportażu?  Znów móc się cieszyć samotnością,  konfrontacja z ciszą, z sobą, podróżą w samotności. To podróż trudna i pouczająca, ale jakże piękna i niezwykła. Zajęcia prowadzone przez nauczyciela w systemie Ashtanga jodze są tylko elementem, są jakby jednym z wielu podejmowanych w podróży środków lokomocji, są koniecznym pojazdem podwożącym nas do samolotu, którym pokonamy największy szmat drogi. Tym samolotem jest dla mnie samotna praktyka Mysore.  Tu odbywa się droga do środka, wędrujemy przez meandry nas samych, w głąb siebie. Reporter wybiera się w podróż, daleką nieznaną, chce poznać świat, poznać ludzi, zrozumieć jednych i przekazać to innym, często po to, by ich drogi się zeszły w poczuciu zrozumienia, pokoju, miłości. Reporter przemierza świat z empatią i miłością do świata. Inaczej nie przetrwa. Jogin dokładnie tak samo, tyle, że tym światem jest najpierw sam dla siebie.

Wewnątrz nas też czasem toczy się wojna, zostawiamy za sobą ofiary, sami podnosimy się z pola walki z ranami, kąpiemy się w słonych jeziorach nigdy nie wypłakanych łez, wdrapujemy się na góry nadziei i budujemy autostrady do realizacji marzeń. Mijamy polany planów, łąki miłości, obserwujemy  niebo na którym przeszłość przesuwa się jak chmury nad teraźniejszością.

Kapuściński pisał, że poznawanie świata jest wysiłkiem „ to nie jest żadna przyjemność, ale wysiłek wymagający pewnego skupienia , pewnej koncentracji, pewnego dążenia do poznawania innych ludzi, kultur. (…)To może robić tylko człowiek na tym wysiłku skupiony. Musi więc, być sam. Wszelka praca twórcza wymaga skupienia i samotności wiersze się pisze, kiedy jest się samemu, obrazy maluje (…) Czy zatem doskonały reportaż nie opiera się na osiągnięciu stanu wyższego umysłu? Stanu skupienia i jasności, oddzielenia spraw ważnych, od mało istotnych? Czyż nie są to właśnie umiejętności pożądane przez joginów. Czy większość z nas,  praktykujących jogę, nie pakuje plecaków, wciąż od nowa, by udać się za swoim nauczycielem, albo w jego poszukiwaniu, bo potrzebuje go do zrozumienia, czym są sprawy ważne, a czym te nieistotne. Reporter potrzebuje do tego zrozumienia wydarzeń zewnętrznych, a jogin świata wewnętrznego. Wydobywamy go więc z siebie, wykradamy siebie światu i odkrywamy na nowo. Jak starożytne świątynie, nierzadko odkopujemy się z ruin.  Nie  udałoby się to bez przewodnika, bez nauczyciela. Nie udałoby się wydobycie naszej energii,  zakopanej pod wygodną pierzynką lenistwa, gdyby nie grupa. Nie udałoby się docenienie własnych potencjałów i życiowej mądrości, którą niesiemy z sobą, gdyby nie wiedza głoszona przez innych. Słowa zasłyszane z  ust innych wydają się być wartościowsze, cenniejsze. Dopiero wtedy przyzwalamy im, by stały się nasze, zapominając, że zawsze takie były.

Poszukujemy  siebie w tłumie, w podróży, w samotności, w pozycji lotosu, w oddechu, w westchnieniu, w kwintesencji tego kim wydaje nam się, że jesteśmy. I wreszcie znajdujemy. Wytrawny obserwator nie przegapi okazji, by dostrzec to czego szuka. Wszyscy widzimy. Reporter. Jogin. Wystarczy obserwować, a wszystko czego potrzebujemy znajdziemy w sobie. Nosimy to w naszym niezbędniku, niezależnie czy jesteśmy reporterem, joginem, fotografem czy inżynierem. Czasem warto w ciszy wyjąć te narzędzia i bacznie się im przyjrzeć. Namaste.