Kiedy podchodziłam do praktyki Ashtanga jogi po raz pierwszy, najpierw robiłam to ostrożnie, gdyż wydawało mi się, że mogę się uszkodzić, zbliżałam się więc tak, jak pies podchodzi do jeża. Moje zainteresowanie było duże, wszystko wydawało się ekscytujące i niesamowite, ale zarazem pełne wysiłku, potu, bólu, wydechów, które nie wiadomo czy były tylko oddechami, czy też cichym pomrukiem nadludzkiego wysiłku. Zaczęłam moją regularną praktykę, bo bolały mnie plecy. Nikt, kto się rozsypuje fizycznie, nie zbierze się dobrowolnie i nie wejdzie na matę, no chyba, że ma w sobie resztki pełzającej dyscypliny, wytworzonej w ostatnim akcie woli i walki przeżycia. Ja walczyłam o mobilność na poziomie komórkowym. Wyjście z łóżka rano stawało się codziennym koszmarnym rytuałem.  Stół operacyjny stawał się jedynym rozwiązaniem, póki nie odkryłam, że lepszym może być Ashtanga. Gdy zaczynasz zdawać sobie sprawę, że uratować możesz się tylko ty sam, że nie pomoże ci nikt inny, bo każdy ruch ze strony obcych może ci tylko zaszkodzić, mówisz sobie: dobrze, spróbuję.

I tak oto, dzień po dniu, krok po kroku i oddech po oddechu, wnikasz w świat, który może nie jest doskonały, ale na tyle dobry, a może akurat wystarczająco dobry, by zostać w nim i poddając się rytmowi, który niesie z sobą Ashtanga. O tym, że działa cuda przekonałam się nie tylko ja, ale wiele napotkanych na mojej ścieżce innych joginek i joginów, którzy zostali w systemie, bo okazał się on jedynym skutecznym na bóle i fizyczne niedyspozycje, ale dziś nie o tym będę pisać. Dziś o podróży poznawczej jaką Ashtanga joga oferuje, gdyż prócz swoich terapeutycznych możliwości zachęca do odkrywania, eksploracji, w szerokim rozumieniu tego słowa, do podróży, dalekich i bliskich, odkrywania nieznanych terenów, w sobie, a czasem na zewnątrz siebie.

Wielu jest wybitnych nauczycieli Ashtangi, sama znam co najmniej kilku, każdy inny, każdy ciągnie mnie jak magnez, od którego chcę nauczyć się wiele i doświadczyć wspólnej praktyki. Ja delektuję się moją podróżą w samotności, przenikając przez kolejne arkana tej praktyki, która dała mi siłę, wiarę w swoje możliwości i nowa energię do życia. Częścią mojego życia zawsze była podróż, często samotna podróż. Wyruszam w nią regularnie, jest dla mnie jak powietrze, muszę przemieszczać się, by czuć, że żyje pełną piersią. Ashtanga oferuje podróże swoim praktykującym, zwłaszcza tym, którzy są ciekawi i chcą więcej, poznać więcej świata i w nim zobaczyć siebie. Nie uda się to pozostając w miejscu.

Grupy zaprzyjaźnionych joginów pakują więc swoje bagaże, ciasno zwijają maty, by rozwinąć je gdzieś w nieznanym im terenie. Część z nich jeszcze na lotnisku zacieśni więzi pomiędzy uczestnikami wyjazdu, złoży je w kostkę i wciśnie w hermetyczne woreczki do przeskanowania na kontroli bagażu. W środku nie znajdzie się miejsca na nikogo z zewnątrz. Jest grupa, znająca swoje kontuzje, słabości, rodzaj osobowości, którą wszyscy i każdy z osobna akceptują, w zamian za poczucie przynależności i czerpanych korzyści z bycia jej częścią. Jestem pewna, że grupa jako taka, to bardzo ważna część naszego życia. Wszyscy pragniemy być częścią grupy, częścią jakiejś społeczności dlatego, że to wzmacnia kreatywność, wewnętrzną siłę, poczucie sprawczości i nadzieję, na to, co można razem. Niekiedy grupa dostarcza też naszemu ego pożywienie w postaci podziwu reszty grupy. Jednak grupa może być też groźna, nie dla grupy samej, ale dla tych, którzy na nią natrafią.

Właśnie niedawno wróciłam zza oceanu, dokąd pojechałam uczyć się terapeutycznych metod jogi od mojego nauczyciela Manju Joisa. Pojechałam wiedziona instynktem, że choć droga długa i daleka, tam właśnie uda mi się dowiedzieć więcej, ujrzeć jogę w szerszej perspektywie i zrozumieć co jest najważniejsze w jodze dla mnie jako nauczyciela. Przywiozłam wiele skarbów, ale żaden z nich nie ma nic wspólnego z asanami, które udało mi się wykonać, ani korektami, którymi dziś pomagam moim uczniom.

Skarb pierwszy

Zanurz się w sytuacji, nawet jeśli woda jest zimna.

W małej miejscowości Fort Pierce, w studiu jogi tuż przy głównym w mieście placu panuje zgiełk. Wchodzę sama do kolorowej sali. Asystentka właścicielki tego miejsca wręcza mi kartkę, która jest formularzem pytającym mnie o ewentualne kontuzje. Jest mi przykro, choć nie spodziewałam się powitalnego napoju, jak w pięciogwiazdkowym hotelu, sądziłam, że można choćby udać, że docenia się wysiłek i zaangażowanie, gdy przybywa do nas ktoś  z tak daleka. Nie mam wątpliwości, że nikt nie czuje się dobrze sprowadzony do roli ciała, z uszkodzonymi życiem i upływającym czasem narządami, czy ewentualnie poprzesuwanymi ze swojego stałego miejsca kośćmi. Wypełniłam jednak formularz i podpisuję listę obecności.

Asystentka sprawdza czy zapłaciłam za warsztaty i dopiero wtedy pozwala  mi wejść, by zająć miejsce na pełnej już innych mat, podłodze. Twarze obok mnie są mi całkowicie obce,  nie zainteresowane moja obecnością. Rozwijam moją matę i czekam. Chcę sprawiać wrażenie odprężonej, więc przyjmuję  kilka pozycji po kolei, by rozciągnąć moje mięśnie, a w rzeczywistości pozwolić skupić się myślom i odłączyć je od biegu w kołowrotku na który się dostały. Czy przez dwa kolejne tygodnie nikt nie powie do mnie słowa? Czy będę w przerwie siedzieć sama, ucząc się cierpliwości i pokory? Czy któraś z grup tutaj stworzyła się dziś rano, jeszcze przed moim przyjściem? Być może sama jestem sobie winna zjawiając się tylko kwadrans przed czasem, podczas kiedy reszta pomogła właścicielce o siódmej otworzyć drzwi, zamieść salę i razem omówić program kolejnych dwóch tygodni? Na Sali jest głośno jak w ulu, prawie tak samo głośno jak w mojej głowie. Nagle obok mnie siada kobieta. Uśmiecham się zachęcająco- pewna, że zaraz się poznamy. Ono jednak zupełnie mnie lekceważy, zawisa jednak tuż nad moją głową i w okrzykach radości rzuca się, by uścisnąć moją sąsiadkę z drugiej strony maty. Rozpoczynają ucztę swoich opowieści. Dania są smaczne, jednak potrawy zupełnie mi nieznane. Cudownie i niesamowicie było na ostatnich warsztatach w Miami, a w NY otwierają się coraz to nowe szkoły, choć właściciel tej wartej uwagi zamknął właśnie swoją i udał się na drugi koniec świata. Historia byłaby dłuższa, ale na salę wchodzi Manju. Dzięki mantrze otwierającej praktykę przypominam sobie dlaczego tu jestem i po co przyjechałam. Praktyka pod okiem mojego mistrza przebiegała intensywnie, zgodnie z oddechem, możliwościami i motywacją danego dnia. Każdy skupia się na oddechu, na swoich problemach z ciałem i nierzadko z umysłem. Teraz właśnie każdy z osobna odbywa swoją najgłębszą podróż do wnętrza siebie. Nikt nikogo nie ocenia, każdy rozumie słabości sąsiada z maty, nie przeszkadzamy sobie swoją bliskością, zostawiając możliwie jak największą przestrzeń, jeśli można mówić o takiej w chwili, gdy odległości między sąsiadującymi matami nie wynoszą więcej niż dziesięć centymetrów.

Praktyka Mysore się kończy, w przerwie piję kawę w kawiarni obok, za mną i przede mną stoją grupki joginów, ale zatopieni są w rozmowie w swoich hermetycznych woreczkach, dlatego nie są zainteresowani sobą nawzajem, ani mną. Kiedy wracam do sali, moje pierwsze spostrzeżenia sprawdzają się. Grupy są trzy. Wyraźne trzy osobne obozy, które trzymają się blisko siebie, jak gdyby utarta członka grupy z oczu groziła infekcją wirusową całości. Nowy Jork, Miami, Mexico City. Przyglądam się im, słucham ich pytań, ich wzajemnego wsparcia, zrozumienia, pomocy i wiem jak bardzo wszyscy szukamy akceptacji w grupie, poczucia, że łączą nas te same odruchy, wątpliwości, te same bóle i te same potrzeby, a nawet ten sam brak dyscypliny, uczucia pojawiającego się  zwątpienia, zmęczenia, lenistwa. A jednak upewniam się, że grupa może być t groźna. Ty razem dla mnie, bo stoję po drugiej stronie. Sama.

Wchodzę w zimną wodę. Próbuję być w otoczeniu, uczestniczyć w tym co się dzieje całą sobą, taką jaką jestem, otwarta, może nieco naiwna, nieco zbyt odważna w tym, co mówię i jak szybko dzielę się tym, co myślę. Zostaję z boku grup i nadal przyglądam się im z boku, ale zdaje się, że mnie nikt nie dostrzega. Grupy nie interesują się światem, który istnieje się poza ich granicami. Grupa w podróż zabiera ze sobą swoje państwo, swoje miasto, swoje lokalne zwyczaje, przyzwyczajenia i styl życia. Grupa tylko ociera się o świat, do którego przemierza morza i oceany. Grupa klei się do siebie, żyje w symbiozie, liczy uczestników, jest jednym ciałem, a odklejenie  od grupy grozi odklejeniem się od samego siebie. W grupie można przebyć pół świata  i nie wysunąć nosa spoza jej bezpiecznych granic.

Mnie nie jest wygodnie, woda jest zimna i chciałabym już z niej wyjść, ale dopiero co się tu zjawiłam,  muszę zamienić się w rybę zimnolubną i pokochać inne stworzenia pływające wokół. A jednak czuję, że wolałabym  oglądać świat w pojedynkę, płynąć dokąd chcę i zatrzymywać uwagę tam, gdzie czuję potrzebę. Kiedy jestem w grupie, skupiam się na podążaniu za nurtem rzeki, którą jest grupa. Oddaję się jej, nie walczę z siłą rzecznej fali, z wirami, ani prądami. Płynę i skupiam się na podążaniu, za to nie widzę, co dzieje się na brzegu, skoncentrowana całkowicie, by  płynąć. W tym samym tempie, tym samym stylem, niekiedy  czuję, że staję się zawodnikiem, że chce czy nie chcę, to biorę już udział w zawodach. Jednak dla mnie joga to nie współzawodnictwo, to nie lepsi gorsi, wybrani i przegrani. Jedni wstają na swoją praktykę o 5 rano, inni wolą rozpocząć ją późnym popołudniem, jednym wystarczy 45 min, a inni uważają, że ich ciało potrzebuje, aż dwóch godzin. Każdy ma inną historię życia, innego nauczyciela, który go inspiruje. Dlatego ja wolę jogę odkrywać sama. Czasem łączy się to z przeszkodami, z niewygodą, ale zawsze jest to ścieżka, która uczy mnie wiele i jestem na niej świadoma swoich ułomności, słabości i siły.

Skarb drugi

Lustro spokojnej wody i wysokie fale myśli.

Doświadczyłam już wielu grup, które pod wpływem niejawnych metod i odrobiny ludzkiego zaangażowania dały się połączyć z działających w odosobnieniu obozów w jedno piękne, elastyczne  ciało. Jednak nie wystarczy sama praktyka i wspólny oddech. To większy koszyk narzędzi, ale warty uwagi, bo w grupie siła i nikt tego nie zakwestionuje.

Mata na której stajemy jest lustrem, które dokładnie uwypukli nasze wady i podkreśli nasze zalety. Nawyki przeniesiemy na matę, a naszą energią i działaniem dołożymy starań, by stworzyć społeczność w której wcielimy się w znaną i wygodną rolę. Jeśli codziennie narzekamy na to, że życie nam się sprzyja i wszystko sprzymierza się przeciwko nam, na macie w pierwszej kolejności nasze ciało stanie się naszym wrogiem, a my szybko przekonamy się o tym, że joga to urazowa praktyka. Potwierdzą się nasze domysły, że ruch sprawia ból.

A jednak, kiedy wchodzimy w proces, kiedy zgodzimy się na niewygodę, której wymaga od nas joga pojawi się w nas nowa przestrzeń. Z czasem przyjdzie ulga i akceptacja, ale po drodze możemy obserwować różnorodność naszych emocji. Czasem przeszkadzają nam ludzie obok, są za blisko, oddychają zbyt głośno, lub zbyt chrapliwie, albo przeszkadza nam ich zapach. Innym razem nauczyciel nas ignoruje, a przecież przychodzimy na praktykę, by nas uczył poprzez korekty, on jednak udaje, że nie widzi naszych potrzeb. Czasem może dziać się odwrotnie. Nauczyciel poświęca nam za wiele uwagi i czujemy, że jest z nas niezadowolony, że wpadliśmy pod lupę jego obserwacji i nie wypełniamy oczekiwań. Wszystko to oznacza, że trzeba przyjrzeć się sobie. Joga to nauka, a wiele z jej aspektów  odbywa się poza matą. Dlatego i ja, przyglądając się grupie, czując jej chłód, przyglądam się sobie i odkrywam, dlaczego wzbudza to we mnie takie emocje. Wiem dlaczego wolę pozostać po drugiej stronie hermetycznego woreczka. Joga jest lustrem o wiele bardziej precyzyjnym niż to, w którym przeglądamy się co rano. Zmiany są możliwe, ale pierwszym krokiem jest samoświadomość.

Skarb 3

Przyglądając się sobie w tafli spokojnej wody, nie starć z oczu innych

Manju jest z nami, jest obecny w niesłychany sposób.  Mówi o swoich słabościach, pozwala poznać nam nasze mocne strony, jest mistrzem dodawania odwagi. Jest mistrzem tolerancji, dobrego słowa, wsparcia, korekt, zainteresowania drugim człowiekiem. Manju nie wątpi w człowieka, w jego możliwości, determinację, przemianę. Jestem posłańcem, a nie guru- mówi i doadaje, że  przekazuje tylko informacje, które zdobył i nauczył się u boku swojego ojca, założyciela Ashatngi. „Jestem samotnym pielgrzymem oddanym tym, którzy za mną podążają” Manju  idzie otoczony grupą, ale nie scala się z nią. Widzi, słyszy, obserwuje i wierzy, że sama joga wystarczy, by ludzie połączyli się w jedną grupę. „Joga ma jednoczyć ludzi ze sobą, ciało z duszą i umysłem. Bez osądów, założeń, przekonań” – mówi i wychodzi.

Siedzimy na podłodze, w miejscu gdzie siedział nasz przewodnik. Wielka plama słońca rozlewa się po podłodze. Nasze ciała są już zmęczone, niektórzy odkryli nowe możliwości, inni nie wiedzą jak się tam dostać. Myślę, o tym, że nie ma doskonałych nauczycieli, każdy ma coś szczególnego, jeden potrafi scalić grupę w jedność, inny pomóc w procesie samopoznania. W tym drugim Manju jest doskonały. Być może jest to pierwszy krok w kierunku grupy? Zrozumieć kim jesteśmy my sami, jako jednostki? Przecież nie uda się stworzyć akceptującej siebie dużej społeczności bez pogodzonych ze sobą jednostek.

Ktoś w ciszy kładzie się na macie, ktoś przeciąga, inni siedzą dalej skupieni. Dziś nie będzie już ciągu dalszego?- pyta ktoś  i patrzy na zegarek. Prawię godzinę przed czasem i już koniec? Nikt nie odpowiada. Praktyka to nie zawody, w których my sami jesteśmy surowymi sędziami i rozdajemy sobie i innym żółte kartki niezadowolenia. Respektujmy swoje ciało, swoje ograniczenia, ograniczenia nauczyciela, tego co może nas przez nie nauczyć. Każdy wchodzi na matę z historią swojego życia, ze wszystkim co przeżył i czego doświadczył.

-To też joga – mówi ktoś nieco za głośno przerywając ciszę.

Wszyscy chcielibyśmy odpowiedzi czym jest joga, ale nie ma jednej jasnej odpowiedzi. Dla każdego to coś innego. Na pewno dla części z nas, to tylko wspaniała forma gimnastyki i to tez jest w porządku, dla innych to duchowość, spokój, skupienie. Dla jednych bycie z grupą, poznawanie świata i siebie poprzez grupę, dla kolejnych ważniejsze jest bycie obok, obserwowanie z boku, uczenie, przestrzeń, samodzielność, poznanie siebie.  Niektórzy z nas uważają, że joga zdejmie z nas nasze złe nawyki, że dzięki niej staniemy się lepszymi ludźmi. Jednak nie, joga tego nie sprawi, ona wzbudzi w nas samoświadomość, zaczynając proces od ciała, a kończąc na tym co myślimy, co jemy, co mówimy i jak działamy, ale to długa ścieżka, pełna prac do wykonania. Droga powstrzymania poruszeń umysłu daleka. Jutro wróci Manju, będzie inny dzień, inny nastrój i inna chwila. Siedzimy wciąż. Joga nie jest dla leniwych, ale nam nie chcę się podnieść z miejsca. - Chodźmy może coś zjeść, mówi ktoś. Wstajemy, więc z podłogi, idziemy placem w klapkach i tenisówkach, grupy się pomieszały.

Idziemy razem, przewieszone przez ramię maty pokazują, że jesteśmy joginami, ale bardziej niż nimi jesteśmy ludźmi. Zmagamy się, szukamy siebie, odpowiadamy na pytania i kwestionujemy. Staramy się nie oceniać, ale oceniamy, nie krytykować, ale robimy to nieustannie. Idziemy ścieżką w kierunku oceanu, tam znajdziemy coś do jedzenia. Zanim tam dojdziemy, część grupy jednak odłączy się od reszty. Wybierze swoją wyspę, znaną i bezpieczną. Inni zaryzykują. Ocean ma prądy. Zimne i ciepłe, nie wiadomo na jakie natrafimy, ale na pewno warto sprawdzić, czy wygodniej nam na wyspie, czy w oceanie. Każdy znajdzie swoją odpowiedz.